piątek, 14 lutego 2014

                                          Rozdział 10


Na śniadaniu dostajemy plan dnia. Uroczyście wręcza go Ines zastrzegając, że wszystko ma trwać idealnie co do minuty.
1. 9:00 - śniadanie
2. 10:00 - 13:00 - zajęcia  przygotowujące - Ines
3. 13:15 - 16:15 - zajęcia przygotowujące - Finnick
 Na samą myśl uśmiecham się pod nosem. Bezkarne 3 godziny z Finnickiem. Może być fajnie. 
4. 16:20 - obiad
 - Punkt siedemnasta jesteście pod opieką stylistów. Oni zrobią z was bóstwa i sprawią, że publiczność was pokocha!
 Rozpromnieniona opusza pokój. Patrzymy na siebie z Tomem.
- To będzie ciekawy dzień.
- I to jak. - mamrotan w odpowiedzi.

 Idę na zajęcia do Ines nie wiedząc co mnie tam czeka. Już na samym progu dostaję niebotycznie wysokie szpilki i niewygodną sukienkę. W dodatku brzydką. Różową jak świńska skóra. Przez 3 godziny uczę się, jak być "czarująca". Oznacza to,  uśmiechanie się, chichotanie jak idiotka i nieustanne podlizywanie się publiczności. Nawet chodzić trzeba czarująco. Gdy pytam się Ines, czemu nie mogę być sobą i zachowywać się normalnie, strofuje mnie za głupie pytania i jeśli chcę mieć dobrych sponsorów to mam robić jak karze. Nie wnikając, cierpię dalej aż do końca zajęć, bo buty są koszmarnie ciasne. Kończymy zajęcia i idę do siebie. Czeka mnie niespodzianka, a mianowicie Finnick, leniwie uśmiechający się z pod ściany. Nie bawiąc się w ceregiele, zrzucam z siebie tę paskudną kieckę i kopię ją z obrzydzeniem w kąt. Butów zdążyłam pozbyć się po drodze.
 -Nie zły początek zajęć.

- Cicho. - prycham.
-Nie wiem czy wiesz, ale już drugi raz od wczoraj rozbierasz się przy mnie do bielizny. - mruczy mi zmysłowo do ucha. Sprawiając, że po moim ciele rozlewa się gorąca lawa.
-Nie pochlebiaj sobie - mruczę obchodząc go. Gdy teraz ja jestem za nim,  staram się by mój głos był równie gorący co obiecujący. - Na to będzie czas po zajęciach.
Uśmiecha się drapieżnie. Siadam na łużku. Moje myśli pochłania jedno. Jutro już będę na arenie. To mój ostatni dzień. Ostatni. Dlaczego nie mogłabym tego zrobić? Kto mi zabroni? On jest mój, ja jestem jego. Dlaczego nie? 
- Będziesz mi się tak przyglądał, czy wreszcie zaczniesz te głupie zajęcia?
- To może najpierw się ubierzesz?
- Nie. Wygodnie mi tak.
- Melissa, proszę. - odrzucam zaczepnie głowę w tył. 
- Czyżby mój widok nie pozwał ci się skupić? - mówię,  idealnie parodiując jego uwodzicielski ton.
- Twoja miłość do siebie nie zna granic, prawda?
- Prawda. My, piękni trybuci z czwórki tak mamy.
 Uśmiecham się, ale biorę pierwsze lepsze rzeczy z szafy. 
 Gdy rozsiadamy się wygodnie, Finnick przechodzi na mentorski ton i zaczyna mówić. Dociera do mnie tylko jego głos, ale słów nie rozróźniam. Generalnie go nie słucham i błądzę myślami w swoim dystrykcie. Chodzę między alejkami rybnego targu, oglądam statki i kutry w porcie. Siedzę na plaży i bawię się gorącym piaskiem, słucham uspokajającego szumu fal. Aportuję psu patyki za domem. Chodzę z łukiem po lesie. Obserwuję ptaki na drzewach. I widzę swoją matkę skupioną na podchodzeniu jelenia. Wtedy jak uczyła mnie polować. "Patrz na wiatr. On może cię zdradzić.", "Stopy stawiaj jak najuważniej.", "Rozglądaj się."
 Przed oczami mam scenę z przed kilku dni przed jej śmiercią. "Jeśli trafisz na igrzyska i będziesz miała problem z zabijaniem, pomyśl o ofierze. I podziękuj im za nią. Podziękuj im za siebie." Potem już nie mogła mówić. I ruszać się. Była bardzo chora. Zawsze wiedziała że tu trafię. I zawsze chciała żebym wygrała. Kiedyś nie rozumiałam jej niepokoju. Dzisiaj już wiem. Bała się mojego poświęcenia. I była świadoma, że mogę chcieć oddać za kogoś życie. 
 Z zamyślenia wyrywa mnie potrząsanie za ramię. 
- Melissa!
- Co?
 Patrzy na mnie zirytowany.
- Nawet nie zauważyłaś, że przestałem mówić 10 minut temu. A ty dalej kiwałaś głową potwierdzając to, czego nie powiedziałem.
 Nagle zabrakło mi języka w gardle.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Tu chodzi o twoje przetrwanie!
- Ale o co ci chodzi?
 Jego oczy płoną, przechodzi mnie dreszcz. Nie wiedziałam go jeszcze w takim stanie.
- O to, że jutro już będziesz na arenie. - warczy. Mój niepokój rośnie. - Ja dobrze wiem, że tobie wisi twoje życie, ale mnie nie.

 Milczę. Nagle dociera do mnie czemu. Bo ma rację. On.. On się o mnie martwi. Ogarnia mnie złość. 
 - Dobrze wiedziałeś co chcę zrobić,  a mimo to jesteś ze mną. Tom ma wrócić cały. Zrozumiałeś? Nie powstrzymasz mnie. - mój głos coraz bardziej zabarwia się groźną nutą - Zrobię, co będę uważała za najlepsze. 
 Zbladł. Zacisnął pięści. Pewnie z bezsilności. Wie, że nie ma nade mną kontroli.
- Nie wierzę w to co słyszę.
- Może pora zacząć? - uśmiecham się złośliwie. Coś mnie zakuło w piersi. On nie może sobie z tym poradzić. Nie może tego zaakceptować. - Ja nie wrócę. - mówię już łagodniej - Nie chcę,  byś cierpiał przeze mnie. - Boże, to najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Nie mogę tego zrobić. Nie mogę. - Może powinniśmy zerwać? 
 Co z tego,  że nigdy nie padło słowo chodzenie. To nie istotne. Wpatruje się we mnie z niedowierzaniem. 
- Słucham? 
 Uśmiecham się  zrezygnowana.
 - Nie powinniśmy być ze sobą. Moja śmierć zaboli cię bardziej, jeśli będzie ci na mnie zależeć.
- Nieprawda.
- Prawda. Potraktuj mnie jak corocznych trybutów. Nie zasługuję na nic więcej. 
 W jego oczach widzę łzy. 
- Zasługujesz i nie..
- Ciiii... Nic nie mów. Niepotrzeba.
 Na jego twarzy maluje się  zagubienie, zdziwienie i żal. Nie widzę wściekłości. Tylko bezsilność i ogromny ból. Bardzo go zraniłam. Nienawidzę się za to. Nie potrafię tego znieść. Poczucie winy kłuje w całym moim ciele. Mam siebie dosyć. Oczy mnie pieką. Nie on nie może zobaczyć jak płaczę. Nie może. Odwracam głowę.
-Przepraszam. - szepczę.

sobota, 8 lutego 2014

                            Rozdział 9


 Rano Finnick wydaje się zaskoczony moją obecnością. Chyba w pozytywnym sensie, ponieważ budzi mnie delikatne głaskanie po policzku. Nie ukrywam, uwielbiam takie pobudki.
 - Miła niespodzianka. - parskam śmiechem.
 - Cała przyjemność po mojej stronie. Odgarniam mu włosy z czoła. Zatrzymałabym tę chwilę na zawsze.
 - Masz już pomysł jak zachwycić organizatorów?
 - Nie. Ale coś pewnie wymyślę. Z drugiej strony oni dają tylko ocenę, a nie uratują mi życia. Znaczy Tomowi.
 - Gadaliście wczoraj. I co z tego wynikło?
 - Nic ciekawego - mamroczę.
 - Aha, czyli słabo. Powiedz mi, co on od ciebie chce?
 - Nie wiem. Zapytaj go.


***

Siedzę i czekam, aż przyjdzie moja kolej. Zastanawia mnie co pokażą inni. No dobra, ja umiem strzelać, to postrzelam, a oni? Ci co nie umieją prawie nic? Jestem z czwórki. Kwalifikują mnie do zawodowców. A ja w ogóle się nim nie czuję. Nie. Ważny jest tylko Tom.
Właśnie na salę wszedł Alex. Zastanawia mnie ten chłopak. Nie wygląda na bezwzględnego zawodowca. Chyba w nim tli się jeszcze troszkę dobra. Ale mogę się cholernie mylić.
 Potem poszło szybko. Ned, dziewczynka z trójki. Tom już ma iść, ale łapię go za rękę i szeptam: powodzenia. Kiwa głową i wychodzi.  Dziwne, że nie zareagował. 

 Moja kolej. Na dużym balkonie stoją, siedzą i przechadzają się organizatorzy. Po sali rozlega się głos, mówiący mi, że mam kilka minut. Biorę łuk i głęboki oddech. Zastanawiam się chwilę nad taktyką, ale uznaję, że im jest wszystko jedno. Przeszywam kolejno wszystkie kukły, jakie są na tej sali, ale najwyraźniej nie robi to zbyt dużo wrażenia. Nagle nadchodzi mnie dziki pomysł. Drę szmaty, które właściwie nie wiem skąd tu się wzięły i uważnie owijam nimi groty pięciu najdłuższych strzał. Rozpalam mini ognisko. Podpalam pierwszą strzałę i uważnie mierzę, by nie poparzyć ręki. Szmatka zajęła się błyskawicznie. Kątem oka spoglądam na organizatorów. Część jest podniecona i zaciekawiona, a nie którzy są oburzeni. Na ich twarze ciśnęło się pytanie - co ona chce zrobić?! Lekko podniecona, uśmiecham się kącikiem ust, w moich oczach zapala się płomień. Zamierzam wam zrobić mały pokaz ogni. I to bynajmniej nie sztucznych. Strzelam najszybciej jak mogę. Wszystkie pięć materiałowych manekinów zajęło się jak pochodnie w mniej niż minutę. Zadowolona z siebie, rozrzucam butem ognisko i odwieszam łuk i kołczan oraz ukłaniam się organizatorom z bardzo brzydkim uśmiechem. Oniemieli z wrażenia. Wychodzę bez oglądania. Wiem, że moje pochodnie dalej płoną.

***

 Z jakiś przyczyn technicznych wywiady zostają przełożone z dzisiaj na jutro. Mi to bardzo pasuje, bo będę miała więcej czasu dla siebie. Po obiedzie, wychodzę na taras z dzbankiem mrożonej herbaty i książką. Mamy strasznie upalne lato. Wyciągam nogi na leżaku i kompletnie zatracam się w lekturze. Prawie nikt mnie nie zaczepia aż do zachodu słońca. Prawie. Raz wpadła zdyszana Ines, oznajmiając, iż mam iść na przymiarkę strojów. Jakoś przekonałam ją, że Tess to świetna stylistka, ufam jej i na pewno da sobie radę. Najwidoczniej uspokoiłam ją. Z nudów postanawiam wziąć kąpiel. Leżąc w wannie, zastanawiam się, co jeszcze mogę dzisiaj zrobić. Może spróbuję zacieśnić mój sojusz z Tomem? Albo pójdę do Finnicka, by nacieszyć się naszymi ostatnimi dniami. 
 Ostatnie dni... Na samą myśl kłuje mnie serce i robi mi się ciemno przed oczami. To jest nie sprawiedliwe! Kiedy wreszcie znalazłam sens życia, oni mi go zabierają!
 Ale w moim przypadku śmierć też ma sens. Bo jeśli zginę, to tylko za Toma i to nie ulega żadnej wątpliwości. Jestem mu to winna. Nigdy bym sobie nie wybaczyła jego śmierci. Zastanawiam się, czy on też tak o mnie myśli. Czy mu jeszcze zależy? Odpycham od siebie te myśli. Nie obchodzą mnie. Mam Finnicka. To Finnick mnie wesprze. Mam cichą nadzieję, że znajdą się sponsorzy. Bez ich pomocy może być bardzo ciężko. 
 Słyszę pukanie.
 - Melissa? Jesteś tu? Rozpoznaję głos Finnicka. 
 - Tak! Daj mi pięć minut!
 Z  ociąganiem opuszczam wannę. Gdy wycieram się ręcznikiem, uświadamiam sobie, że nie mam ze sobą ubrań prócz belizny. Uśmiecham się gorzko do odbicia w lustrze. Zmieniłam się przez te lata. Jestem wysoka i mam zgrabne ciało. Włosy sięgają mi do połowy ramion i są proste jak druty. Najczęściej noszę je w warkoczu oraz koku, bo mi wtedy nie przeszkadzają. Moja duma. Dzisiaj postanawiam ich nie ruszać. 
 Ubieram się w to co mam, czyli bieliznę i wzdycham. Zawsze mogłam nie mieć niczego. Sięgam do klamki. Na łużku siedzi Finnick. Gdy na mnie spogląda, szybko odwraca wzrok. Nie wiem czemu czuję satysfakcję.
- Co? Zawstydzony? - specjalnie przeciągam sylaby, z drwiącym uśmieszkiem. Podchodzę do szafy, uwodzicielsko kołysząc biodrami i wybieram jakieś ciemne spodnie i bluzkę. 
- No więc po co przyszedłeś? - mówię wciągając spodnie.
- Hmm.. Głównie to posiedzieć i miło spędzić czas. Możemy w coś zagrać. - całuję go w policzek. 
- Zagrać? Serio? - prostuję się. 
- No. A co masz do roboty? 
- W sumie to nic. Jaka ta gra? 
- Na przykład pytania. Zadaję ci pytanie, a ty musisz mi odpowiedzieć. Szczerze. I potem zmiana.
- Okey. Zaczynaj. 
 Zadajemy sobie wiele  bezsensownych pytań, ale zdarzają się też całkiem poważne i trudne. Dzięki tej idiotycznej grze dowiaduję się, że jego ulubionym kolorem jest morski, kocha pływać i uwielbia śpiew ptaków.
- Kim dla ciebie naprawde jest Tom? 
 Zatkało mnie. Spoglądam na niego poważnie. Staram się oddychać spokojnie. Gdy zaczynam mówić, zalewa nas potok moich słów. 
- Obrońcą. Skałą. Podporą. Bratem. Ojcem. Wrogiem. Sojusznikiem. Byłą miłością. Nienawiścią. Wolnością. Dzieciństwem. Zapomnieniem. 
- Przyjacielem...- dodaję cicho. A potem zbiera mi się na płacz. 
- Finnick, co mam zrobić jak będzie chciał mnie zabić? Co? - łzy płyną mi po policzkach - Jak się na mnie rzuci, jak mam się bronić? 
- Jak najlepiej potrafisz. - otula mnie ramieniem. - I pamiętaj. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wachaj się. 
-Mam to traktować jako radę mentora? 
- Tak. Ale nie tylko.

 Wieczorem, gdy leżymy w swoich objęciach w uszach, aż do zaśnięcia, słyszę tylko jedno. 

 Nie wachaj się. 

sobota, 18 stycznia 2014

                                          Rozdział 8


 Przy śniadaniu ostatnim zwyczajem jest dość cicho. Mam na myśli mnie i chłopców, bo Ines trajkocze niemiłosiernie. Zresztą jak zwykle. Tom udaje, że najbardziej interesuje go jego talerz. Ale gdy sięgam po coś i przypadkiem dotykam dłoni Finnicka, zauważam jego brzydkie spojrzenie. Cóż za zazdrość.
 Zgodnie z zaleceniami mentora, idę pobawić się trochę bronią. Tata kiedyś powiedział: jeśli masz coś zrobić słabo, nie rób tego. Jeśli już musisz lub bardzo chcesz, zrób to tak, by wszystkim szczęki opadły.
 Idę do stoiska z łukami. Podchodzi do mnie instruktor ofiarując pomoc, ale ja mu dziękuję i oświadczam, iż sobie poradzę. Po jego minie wywnioskowałam, że nie bardzo mi wierzy. Próbuje kilka z nich i wybieram lekki ale z pozoru dość mocny. Ma czarne subtelne ramiona, a gryf miedziany. Istne cudo. Nakładam kołczan i biorę na cel pierwszą kukłę. Mierzę w dziesiątkę. Trafiam cal wyżej. Spodziewałam się, że jest mocny ale że aż tak? Nie czuć tego po naciągu.  Rozstawiam szerzej nogi i naciągam cięciwę do policzka. Idealnie. W sam środeczek. Gdy docieram do ostatniej czyli 4 kukły, zaczyna mi się to nudzić. Pytam instruktora, czy mógłby to urozmaicić. Odpowiada uśmiechem i wyciąga coś z pod stolika. To pilot. Naciska guzik i kukły zaczynają się ruszać. Proste. Naciągam cięciwę spokojnie do policzka i wodzę grotem za celem i bezbłędnie trafiam w każdą. Postanawiam zrobić małą demonstrację i pozrywać linki, na których wiszą manekiny. Zostały mi 4 strzały. Nie mogę nie trafić. Napinam łuk i wstrzymuję oddech. Syknęły lotki. Pach! Upadł pierwszy. Oddech. Strzała. Cel. Pach! Drugi. Wydech. Naciąg, syk, pach! Wdech. Wydech. Ostatnia strzała. Zwiększam rozkrok i biorę poprawkę. Syk i głuche łupnięcie manekina o ziemię rozlega sie po sali. Tak się pochłonęłam strzelaniem, że nie zauważyłam jednego. Każdy ale to każdy mnie obserwuje. Nawet Tom, który nie raz mnie widział w akcji. Ale to było dawno. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nie wie,  że po naszej kłotni wzięłam łuk, plecak i wyprowadziłam się na kilka dni do lasu. A najbardziej nie podoba mi się to, jak patrzą na mnie zawodowcy. Niektórzy z zazdrością, a niektórzy z podziwem zmieszanym z nienawiścią. Chyba trochę przesadziłam. Te biedne dzieci, wyglądają na przerażone. W sumie, to bardzo dobrze.
 Podchodzi do mnie Ned i mówi żebym się pochyliła. Zdziwiona wykonuję polecenie. Dotyka palcem mojego podbródka w miejscu, gdzie dociągam strzały.
 - Tylko jeden ślad. Niesamowite. - Mówi zamyślony. Nie ukrywam, ale technikę mam opanowaną. 
 Gdy jemy wspólny obiad z Tomem i innymi trybutami, podchodzą do nas zawodowcy. Moją uwagę przykuwa chłopak z ciemnymi włosami i wręcz czarnymi oczami. Wygląda jak półbóg. Z twarzy, z mięśni i z postawy. 
 - Hej, jestem Donna, a to Meryl, Till i Alex. - Alex, myślę,  imię również ma boskie - Nie źle strzelałaś tam na sali. Może chciałabyś do nas dołączyć?
 Oczywiście, że nie. Ale postanawiam chwilę pograć. Od tak, by uprzyjemnić sobie dzień.
 - Chcecie mnie nawet jeśli nie znacie mojego imienia? -uśmiecham się krzywo patrząc im pokolei w oczy. Alexowi poświęcam najwięcej uwagi. - Melissa jestem.
 Patrzą po sobie lekko zdezorientowani. Głowę na karku wydaje się mieć tylko ta z 2, Donna.
 - Dobrze więc, Melissa czy masz ochotę na sojusz?
 - Nie, nie mam. - mówię lodowato - zabierajcie się z tąd.
 - Pożałujesz tego. - syczy - Policzymy się na arenie.
 - Dobrze,  - odpowiadam obojętnie - do zobaczenia.
 Odchodzą, a Tom kręci głową.
 - Aj, mogłaś ich nie drażnić.
 - Mogłam, ale nie chciałam. Uśmiecham się zadowolona i biorę go za rękę. Zawsze przy dotyku jego skóry, czuję elektryzujący dreszcz. Taki jak teraz. Zaciągam go do sali i zaczynam udawać że robię spławiki na ryby. Tom idzie moim śladem. W końcu zbieram się na odwagę. A dukam tak, jakbym zamiast języka miała kołek. 
 - Słuchaj, ja wiem, że między nami bywało różnie... Chcę.. Chcę,  by nasza przyjaźń przetrwała. Mimo wszystko. Bo my nie wyjdziemy z tego cało. Albo ty.. albo ja. Albo nikt.. Chcę by chociaż jedno z nas przeżyło... Postaramy się sobie pomóc. 
 - Dobrze.. - odpowiada cicho. 
 Nie zważając na ciekawskie spojrzenia, przytulam się do niego mocno. On też mnie obejmuje. Nabieram poczucia,  że wszystko się jakoś ułoży. Jest mi lepiej. O wiele.
 Potem kończymy swoje misterne haczyki. Nakłaniam Toma, żeby teraz on zaprezentował swoje umiejętności rzucania nożami. No nie zrobił takiej furrory jak ja, ale też poskutkowało. Urośliśmy do rangi zawodowców. Możemy mieć pewność, że trybuci trzy razy się zastanowią, zanim nas zaatakują. Potem troszkę ćwiczę z trójzębem. Jednak nie bardzo mi to wychodzi. Z nożami i oszczepami radzę sobie lepiej. Leczyć też potrafię. Trochę się znam na roślinach. Pamiętam, od małego mama uczyła mnie większości z tych rzeczy. Tak wiem dziwne. Uczyła mnie przetrwania. Była nietypową matką. Umiała świetnie walczyć i polować. Bez problemu wymykała się po za ogrodzenie. Po jej śmierci, ojciec wszystko sprzedał. Cały arsenał. Ostał się jeden zakamuflowany łuk na strychu. Znalazłam go przez przypadek. I uczyłam się. I oto efekt. Mało mam sobie równych. Tak skromnie dorzucę.
 Przy łukach widzę Neda, który nie zdarnie próbuje trafić w zawieszone już kukły. Gdy celuje, nachylam się nad nim. Poprawiam postawę, prostuję mu rękę i naciągam cięciwę do jego policzka. Lekko przechylam łuk, bo strzała mu spada.
 - Teraz spróbuj.
 Lekko skołowany mierzy długo. Trafia troszkę po za koło.
 - Nie źle, jedziesz dalej.
 Idę do stanowiska z mieczami. Wybieram lekki i jedno ręczny. Przede mną stoi instruktor w ochraniaczach. Również ma miecz.
 - No dawaj, atakuj. Po takim łuczniczym występie wielcem ciekaw, jak radzisz sobie w walce wręcz. 
 Zastanawiam się chwilę. Dawno nie miałam miecza w ręku. Robię trzy kroki i tnę na odlew przez pierś. Unika. Uwijam się jak oszalała. Rzucam ciosy, ale on ciągle paruje. Gdy leżę powalona na ziemi, coś mi się przypomina. Mama pokazała mi kiedyś pewien krok. Wstaję i przerzucam ciężar na prawą nogę, znowu sieczę powietrze. Odwracam się w szybkim piruecie i tym razem trafiam pod pachę.  Dziękujemy sobie za walkę, gdyż rozbrzmiewa gong. Sala pustoszeje w trymiga. Biorę Toma pod rękę i zaciągam do windy. Tym razem kolacja jest z mentorem i opiekunką. Czemu?  Nie wiem. W każdym razie, atmosfera przy stole jest lepsza niż przy śniadaniu. Całkiem zadowolona z obrotu spraw z Tomem, mam lepszy nastrój. Niech się dzieje co chce, myślę, przytulając Finnicka na powitanie. Po kolacji, zamiast iść, w sumie tradycyjnie, do Finnicka, idę do Toma. Chcę z nim pogadać o dość delikatnych sprawach. Gdy wreszcie kładę się na jego łóżku czuję,  że jestem kompletnie wyczerpana.
 - Wiesz co Tom, zdziwiło mnie, że masz coś przeciwko temu, że jestem z Finnickiem. Przecież powiedziałeś, że zapominamy o tamtym. - Ajajaj, chyba trochę przesadziłam. Znowu.
 - Dziwisz się? Było.. Jest mi przyko, że jak mnie odrzucałaś, to powiedziałaś że nie jesteś gotowa na związek, a tu proszę bardzo, mamy takiego Finnicka i który już po dniu znajomości, spędza z tobą całą noc. Ja tego nie rozumiem. Wytłumacz mi o co tu, do cholery chodzi.
 Biorę głęboki oddech. O wiele łatwiej byłoby stanąć do walki z zawodowcami.
 - No nie do końca wiem, jak ci to wyjaśnić.. Wystarczy jak powiem, że to przedziwny splot małych, ale znaczących zdarzeń? 
 - Nie, nie wystarczy. - Wzdycham zmęczona. Ten człowiek, nigdy odpuści. 
 - Wolisz wersję długą, krótką, czy bardzo krótką?
 - Prawdziwą. 
 - Tom. - warczę.
 - No dobra, najkrótszą. 
 - Uratował mi kiedyś życie. Wyłowił mnie z morza. Wtedy co wiesz.. 
 - Wiem.
 - Podobno zawsze na mnie czekał. Nie wiem jak to się stało. Ale jesteśmy razem. I może to cię zaboli. Cóż, jestem z nim szczęśliwa. 
 - Cieszę się twoim szczęściem. 
 - Naprawdę? - Nie odpowiada. Za to jego wzrok jest bardzo wymowny. Mówiąc dobitnej, nie cieszy się.
 - I dasz radę to znieść? Bo zastanawiam się, czy nie będę pierwszą osobą, którą zabijesz na arenie.
 - Mógłbym zapytać o to samo.
 Ał, zabolało.
 - Nigdy nie chciałam twojej śmierci. I nie chcę. Mimo wszystko.
 - Mimo wszystko. - powtarza z uśmiechem, który mało ma wspólnego z wesołością. - Ja też jej nie chcę. I wiesz co, zróbmy tak, jak mówisz. Zapomnijmy. Na arenie myślę, wszyscy o wszystkim zapomnimy. Nawet o tym, że jesteśmy ludźmi, a nie tylko drapieżnikami i ofiarami. A teraz idź spać. Jutro pokazówy dla organizatorów i wywiady. Będzie trzeba się uśmiechać. Czyli to, co lubisz najbardziej.
 Nienawidzę tego. Nienawidzę udawać. Gdy już jestem przy drzwiach słyszę Toma.
 - Dobranoc Melissa.
 - Dobranoc Tom.
 Myjąc się, uznaję że pójdę do Finnicka. Potem, już w piżamie, pukam, ale nikt mi nie otwiera. Może śpi? Uchylam drzwi. Tak, leży już w łóżku. Postanawiam się przyłączyć. Ach.. Jest strasznie późno. 



-------------------------------------
Oczywiścię proszę o komentarze, oceny, aluzje, chcę znać wasze zdanie i co myślicie,

ogólem piszcie ;)




piątek, 10 stycznia 2014

                             Rozdział 7





Tłumaczę już mu to wszystko bite pół godziny ale dalej kręci głową i nie rozumie. Mimo że ciągle jestem wściekła na Toma, dalej chcę go ocalić. Opowiedziałam Finnick'owi o wyznaniu miłości Toma do mnie. O naszych wspólnych latach przyjaźni. O tym, jak pomagał znieść te wszystkie okropne dni po śmieci mojej matki. To jakby troszkę rozjaśniło mu umysł. Ale nie bardzo.
 - Po tym, co ci dzisiaj powiedział, ja miałbym duże wątpliwości co do jego uczuć. Teraz jest chyba bardziej zły niż zakochany...
 -Niby racja. Ale i tak chcę, żeby przeżył. Nie wiem czemu. Czuję taki obowiązek.
 - Ja też taki czuję. -mamrocze pod nosem.
 - Oh Finnick... Nie wiem co mam robić. A jeśli nie będzie chciał sojuszu? Mam go pilnować incognito? Siedząc na gałęzi?
 - To chyba nie jest najlepszy pomysł.. 
 Nagle światełko zapala się w tunelu.
 - A co jeśli byśmy udawali, że pokłóciliśmy się na dobre? Może by się odbraził?
 - Nie bądź śmieszna. Nie nabrały się tak łatwo?
 - Nie wiem. Chyba chodzi mu o to, że my jesteśmy razem. 
 Milczy, a po chwili uśmiecha się krzywo.
 - Jak chcesz już tak pojechać po bandzie, to udaj, że chcesz z nim być. - patrzę na niego zaskoczona. Finnick zgodziłby się na coś takiego? A może to był sarkazm?
 - Żartujesz sobie ze mnie? Że niby mam do niego podejść i powiedzieć: hej Tom, słuchaj taka sprawa, jednak mi się podobasz. Finnick to przeszłość. Chcę z tobą być do końca życia, które mi zostało?
 - No może nie tak dosadnie.
 - I ty będziesz mógł na to tak spokojnie patrzeć. - zbliżam twarz do jego twarzy i tuż przy uchu szepczę - Ciekawe...
 Na szyi czuję jego gorący oddech, a potem usta. Równie gorące. Pocałunkami wędrują w górę, do ucha. I tam się odsuwają.
 - Nie będę mógł. Chciałbym, żebyś wygrała. Nawet nie wiesz, jaki mam z tym problem. Ale wiem co czujesz. Bo.. - zawachał się - Bo my znaliśmy się jeszcze wcześniej.
 - Jakim cudem, możesz mi powiedzieć?
 - Zanim wygrałem, pracowałem w porcie. - chyba zapowiada się na długą historię. Pakuję mu się na kolana i wtulam w ramię. No, wreszcie mogę słuchać. - W naszej rodzinie było ciężko. Dorabiałem sobie. Pamiętam od małego przychodziłaś z mamą do portu. A gdy umarła, przychodziłaś sama po ryby. Po łososia, którego chciałem spróbować ale nie było na niego pieniędzy. Zawsze patrzyłem na ciebie. Najpierw z zazdrością, a potem z podziwem. Przychodziłaś tylko raz w tygodniu. W piątki. Pamiętam jak dziś.
 Wydaje mi się, że już nic nie powie. Wydawało mi się.
 -Wyróżniałaś się. Nie nosiłaś krótkich sukienek, wstążeczek i kwiatuszków. Zawsze ciemne kolory, później już ciężkie buty, skórzane kurtki i spodnie. Wszyscy patrzyli na ciebie jak na intruza. Nie którzy mówili, że to przez to, że życie cię nie rozpieszczało. Mnie to nie obchodziło. Byłem zafascynowany. Tobą, twoim sposobem bycia, zaradnością, siłą. Tym, że potrafiłaś być inna. Wstydziłem się zwrócić na siebie twoją uwagę.
 -Mogłeś mieć wiele dziewczyn.
 -I miałem. Ale nie były tobą. Po tym jak wróciłem z igrzysk, zacząłem to bardziej doceniać. Mogłem mieć każdą. Ale nie chciałem.
 Jest mi tak cholernie głupio. Najpierw był dla mnie tylko "tym" Finnickiem Odairem, ciachem, które każda chciała schrupać. Teraz czuję, że wkradł mi się do serca. I chyba szybko nie wyjdzie.
 -Po co mi to mówisz?
 -Dobrze wiesz czemu. Jeśli zginiesz, ja już nie znajdę tu miejsca. Ale mnie nie będzie miał kto uratować.
 Nie wiem co powiedzieć. Na to nie ma dobrej odpowiedzi, więc tylko przytulam się do niego mocniej. On też mnie obejmuje. Jestem rozdarta. Nie długo trafię na arenę. Tam będę musiała podjąć decyzję. Nie wyobrażam sobie życia bez Toma. Z drugiej strony moim największym marzeniem, jest wrócić do Finnicka.
 Nie wiem ile tak siedzimy. Wiem, że robi się późno. Nie obchodzi mnie to. Jest mi tak dobrze, że nie mam ochoty się ruszać.
 - Melissa idziemy spać?
 - Dzisaj też u mnie?
 - No dobra. To chodźmy. Z trudem wstaję. Idąc przez korytarz czuję,  że na dobre popsuł mi się humor. Myję się dość szybko, bo strasznie chce mi się spać. Gdy wreszcie zanurzam się w miękkiej pościeli, mam wrażenie, że nie wstanę z niej nigdy. Oczywiście mi się coś przypomina.
 - To co robimy z Tomem?
 - Co uważasz. Moje zdanie już znasz.
 - Jak zawsze pomocny. - burczę pod nosem.
 - I jak zawsze do usług. - zauważa, że nie bawi mnie to co mówi - Ej, co jest? 
 - Nic. Chyba podjęłam decyzję.
 - To dobrze.
 - Nie jesteś ciekawy?
 - Nie. Bo wiem że jest słuszna.
 Ocalę Toma. A jeśli zginie, to ja wygram. Innej opcji nie ma.
 - Dobranoc Melissa.
 - Dobranoc. Finnick.


***

 Gdy się budzę jest bardzo wcześnie. Nigdzie nie słychać Ines, za to Finnick... Finnick jest przeuroczy jak śpi. Nie mogę się oprzeć i dotykam jego twarzy. Lekko uśmiecha się przez sen. Ma piękne dołeczki na policzkach. Przesuwam po nich palcami. Potem po brwiach, czole i włosach. Otwiera oczy, a ja szybko cofam rękę zawstydzona. Czuję jakby ktoś mnie przyłapał.
 -Zostały nam dwa dni. I tak je zamierzasz wykorzystać?
 -Pomiędzy innymi- mówię nachylając się. Już mam go pocałować w usta ale w osatniej chwili, całuję go w nos.
 - I nic więcej nie dostanę?
 - Co najwyżej kopa.
 - Zaraz się przekonamy. - uśmiecha i się po szelmowsku i zaczyna mnie łaskotać. Mam okropne łaskotki. Zawijam się śmiejąc i próbując go zepchnąć z moich nóg. 

 - Ej, złaź ze mnie! 
 - Nie mów,  że ci się nie podoba. Mi, bardzo! 
 Łapię go za nadgarstki i z całej siły zrzucam go z siebie i przygwożdżam do łóżka. Gdy siadam okrakiem na nim, uśmiecham się triumfalnie.
 - A teraz też ci się podoba? 
 - Nawet bardzo. 
 - Hah, śmieszny jesteś. Złażę z niego i sięgam po strój treningowy. Ubieram się i jeszcze na chwilę kładę się na łóżku. Nie długo muszę zmierzyć się z Tomem. 
 No to igrzyska uważam za otwarte.

-------------------------

Tak, rozdział nudny wiem ale nie długo rozpoczną się igrzyska i będzie się działo :3 oczywiście zachęcam do komentowania i macie jakiś pomysł co Toma? :3 




wtorek, 31 grudnia 2013

                                              Rozdział 6



  Jego pokój, jest prawie taki sam jak mój. No może oprócz tego, że u mnie nie ma stolika, krzeseł i gigantycznego jacuzzi. Wiedziałam, że ma lepiej od nas ale że aż tak?
 -Nie zły pokoik, Finn.
 -Dzięki.
 Słyszę jak coś strzela.
 -Może wina?
 -Nie, może nie dzisiaj.
 Nalewa sobie lampkę i opiera się o szafkę. Podchodzę do biblioteczki i ze smutkiem zauważam, że wszystkie książki są identyczne jak te, które mam w pokoju. Mimo chodem, przeglądam kilka okładek.
 -No więc co, chciałeś mi powiedzieć?
 -Dobranoc? 
Parskam śmiechem.
 -A coś po za tym?
 -Tak. - Unoszę pytająco brwi. - Wygraj dla mnie. Ja wiem, że potrafisz.
 -Finnick - zaczynam - proszę mówiłam ci już, że..
 -Wiem. - przerywa mi - ale obiecaj. Jeśli on zginie, to postarasz się?
 -Ja nie wiem..
 -Tak, czy nie?
 -Tak.
 -Ekstra. O to chodziło.
 Zagryzam wargę i zastanawiam się nad jego tokiem myślenia. Dlaczego mu na tym zależy? Ok, może mu się podobam ale zawsze może sobie znaleźć inną. Nie jestem jakaś wyjątkowa.
 Nagle czuję, że Finnick obejmuje mnie z tyłu. Jest taki ciepły.
 -Hej, uda ci się. - szepta mi do ucha - Jesteś silna, inteligentna. Dasz radę.
 Nie przychodzi mi nic mądrego na myśl, więc szepczę tylko.
 -Boję się.
 -Ja też.
Otwracam się na pięcie.
 -Naprawdę? Przecież, to ja trafiam na arenę.
 -No właśnie.
Czuję, że zaraz się rozsypię. Znowu, jakaś niewidzialna siła mnie do tego pcha. Wspinam się na palce i całuję Finnicka. Jego usta, to antidotum na moje nerwy. Jestem sfrustrowana, mam problemy. Tylko w jego ramionach, mogę o tym wszystkim zapomnieć.
 -Jestem zmęczona, wiesz? 

Mówię, gdy wreszcie odrywam się od niego.
 -Tak? A jak bardzo?
 -Bardzo.

 Zupełnie nie spodziewanie, łapie mnie za nogi, przerzuca mnie sobie przez ramię i wierzgającą zanosi do mojego pokoju. Gdy kładzie mnie na łóżku, zastanawiam się, czy nie mógłby tu zostać. Nie chcę spać sama. Zawsze z kimś śpię, choćby z psem. Zbieram się na odwagę dopiero, gdy już ma wyjść.
 -Finnick, czekaj! Zostaniesz ze mną?
 -Słuchaj, ja nie wiem, czy to jest dobry pomysł byśmy.. Wiesz.
 -Tylko zostań. - Mówię szybko czerwieniejąc.
 -Dobrze.
 Pakuje się obok mnie i otacza ramieniem. Wtulam się w niego jak najbardziej, wreszcie mając chwilę do odpoczynku. Jestem zmęczona nieziemsko ale jedna sprawa, nie daje mi spokojnie zasnąć. Odwracam się twarzą do niego.
 -Powiedz mi, dlaczego ja?
 -Nie wiem. Bo jesteś wyjątkowa?  Przyglądam mu się uważnie. On coś ukrywa.
 -Nie widzisz mnie pierwszy raz, prawda? - Zastanawia się chwile.
 -Prawda. - nie poganiam go, bo wiem, że rozwinie myśl - Pamiętasz ten dzień, kiedy prawie utonęłaś? - Pamiętam, chciałam się zabić po tym, jak umarła moja matka.
 -To byłeś ty? Ten trzynastoletni chłopiec, który wyłowił biedną, roztrzęsioną dziewczynkę? I nic nie mówiąc odszedł?

- Tak.. - Teraz do mnie dociera.
-Uratowałeś mi życie i chcesz zrobić to jeszcze raz - Głaszczę jego policzek. - Ale to nie możliwe. Wiesz o tym. Mam u ciebie dług. Nie mam pojęcia, jak go spłacić. Co mogę dla ciebie zrobić?
 -Poprostu bądź. - nachyla się nade mną i odciska delikatny pocałunek.  -Postaram się - mruczę i przyciągam go bliżej. Gdy robi się naprawdę gorąco i czuję, że mam ochotę zedrzeć z niego ubranie, Finnick odsuwa się z chytrym uśmieszkiem.
 -Nie dzisiaj. Nie długo musisz wstać. - Jakby nigdy nic, opada na poduszkę obok i zasypia. Dlaczego przestał?! Nie mam siły myśleć. Sen przezwycięża. Ja również zamykam oczy. Śni mi się piękny sen.


                            ***

 Rano, znowu budzi mnie walenie do drzwi. Zaraz przyjdę, krzyczę, co najwidoczniej uspokaja natrętnego pukacza i idzie sobie. Finnick też już nie śpi. 
 - Dzień dobry, Mel. Jak się spało?
 - Wręcz doskonale. Idziemy na śniadanie? 
 - No, jestem głodny jak wilk. Zchodzę z łóżka i zastanawiam się, czy mogę się przy nim przebrać. Dochodzę do wniosku, że jest mi wszystko jedno.
 -Idę się ubrać.
 -Okey. Ej, Finnick! Nie mówmy nic nikomu, dobrze? A zwłaszcza Tomowi.
 Patrzy na mnie z lekkim zawodem.
 -N
ie chcę go dołować przed igrzyskami. - najwidoczniej mnie nie rozumie, więc dodaję - Finnick, on mnie dalej kocha. Jeśli się o nas dowie, to się załamie. Po za tym, tak łatwiej będzie mi go bronić. Potem opowiem ci o wszystkim. Idź, spotkamy się na dole.
 Bez słowa wychodzi, a ja opadam na łóżko. Chyba dobrze postąpiłam. Tom niczego nie może wiedzieć. Nie wiem, jak mógłby zareagować. Albo by chciał żebym wygrała albo by mnie znienawidził i chciał zabić. W to raczej wątpię. Jednak wolę nie próbować. 

Atmosfera przy stole jest drętwa i nie mrawa. Na ćwiczeniach utrwalałam sobie wszystko to, czego się tu nauczyłam. Broni nie dotknęłam. Cały dzień przegadałam z tym uroczym chłopcem z 3, Nedem. Tom, który nie odstępował mnie na krok, czasem wtrącił jakieś zdanie, a po za tym, był mrukliwy i małomówny. Coś jest nie tak. Może dowiedział się? 
 Pod koniec ćwiczeń z utęsknieniem spoglądam na łuki i strzelnicę. Ale jak Finnick powiedział, żeby nie ruszać, to nie ruszam. Widzę, że Tom również tak patrzy na noże. Uśmiecham się i mówię do niego.
 - Jutro, nie dzisiaj. Kiwa głową i idziemy do windy, ponieważ rozległ sie komunikat, że mamy opuścić salę. Znowu z Tomem pochłaniamy wielką kolację. Postanawiam oderwać się od wyśmienitych żeberek i zagadać, co go gryzie. W odpowiedzi słyszę, że nic. Jak zwykle. Postanawiam walić prosto z mostu. 
 - Wiesz o mnie i o Finnicku. Nie pytam się jak, tylko czy jesteś w stanie mi to wybaczyć?
 Patrzy na mnie jakbym była jakimś potworem.
 - Nie wiem - i smętnie przerzuca warzywa na talerzu.
 - Tom, wiesz, że nie chciałam cię zranić. Jesteś dla mnie najważniejszy.
 - Tak ważny jak Finnick? - odpiera zjadliwie. Rozzłościł mnie na dobre.
 - Tak! - zrywam się z krzesła - Chciałam cię przeprosić ale jak nie chcesz, to nie będę cię zmuszać! - odwracam się tyłem do niego.
 - I co teraz zrobisz? Dzisaj prześpisz się ze mną? I będzie wszystko okey? To, wyobraź sobie, wszystkiego nie załatwi.
 - Nie przespałam się z nim.
 Jeśli tak myślisz, to kompletnie mnie nie znasz.
 -Czego ja nie mam, co on ma? - słyszę, że ledwo panuje nad głosem. 
 - Rozumie mnie. Wspiera. Ty myślisz tylko o sobie, a nie o tym co ja czuję! 
 Nie jestem w stanie tego znieść. Wybiegam z pokoju i kieruję się do jedynych drzwi. Do Finnicka. Pukam. Gdy mi otwiera, rzucam mu się w ramiona i  zaczynam płakać. Nie pyta o co chodzi. Bez słowa przytula i wskazuje krzesło. Siadam i ocieram łzy. Patrzę tępo w podłogę. Czuję, że znowu ogarnia mnie złość.
 - Co się dzieje, Melissa? 
Spoglądam na sufit, a potem na  Finnicka. Z gardła wyrywa mi się  warknięcie.

- Mam pewien plan. 

-----------------------------------------------
Ja wiem, długo nic nie było ale tada!! Oto jest :3 

sobota, 14 grudnia 2013

                                                 Rozdział 5


 Rano budzi mnie pukanie do drzwi. Przepraszam, walenie. Zwlekam się z łóżka i otwieram trochę poirytowana. Przede mną stoi Ines w krótkiej, turkusowej spódniczce. Oczywiście pozytywnie naładowana.
-No nareszcie! Za pół godziny jesteś na dole umyta i przebrana! Bez spóźnień!
  I truchta w stronę innych pokoi. Jak ona daje radę cały czas chodzić w szpilkach? Co chwila wzdychając, myję się i doprowadzam do pożądku. Dziwne, że nie mam kaca. Najwyraźniej mam twardą głowę po ojcu. Uśmiecham się ponuro do siebie, wkładając legginsy i bluzkę na ramiączka. Co ja tam będę robić?
 Schodzę na dół. Najwidoczniej jestem przed czasem, bo nikogo jeszcze nie ma. Za to, stół jest zastawiony. Poczekałabym, gdyby jajecznica tak nie pachniała. Zajmuję miejsce przy stole. Usługuje mi awoks z brązowymi włosami. Gestami sugeruje mi kolejne potrawy. W między czasie, pojawiają się Ines, Tom i Finnick. Mentor rozśmiesza mnie do łez, gdy opowiada zabawną anegdotkę o tym, jak żółw morski ukradł mu kapelusz, a Ines oświadcza z przejęciem, iż słyszała o tym, że żółwie potrafią być bardzo złośliwe.

-Dobra, żarty na bok. - oświadcza Finnick - A teraz mnie posłuchajcie. Idziecie na trening. Nauczcie się najpotrzebniejszych rzeczy do przeżycia. Dopiero drugiego lub ostatniego dnia weźcie się za broń. Jasne? - Zgodnie z Tomem kiwamy głowami. - Świetnie. Co potraficie?
-Ja umiem rzucać nożami.
-Ba, nie masz w tym równych, Tom - mówię - Trafiasz celnie na 20 metrów.
 Finnick unosi brwi z niedowierzaniem i pakuje mini pomidorka do ust.
-Taak? To tylko na twoją korzyść. A ty, Melissa?
-Eee, moją bronią jest łuk. Znalazłam jeden na strychu.. Kiedyś.. A potem sama się uczyłam. Wiedziałam, że tu trafię. - Mruczę, marszcząc brwi. - Chciałam coś mieć w zanadrzu. Chyba nie jest źle. Wspinam się po drzewach, potrafię wiele rzeczy sama zrobić.. Może mi się uda..
 ocalić Toma, dodaję w myślach. Tom spogląda na mnie bystro. Pewnie wie, co zamierzam. Ale nie przyznaje sie. Za to Finnick, posyła mi pełne cierpienia spojżenie. Trwa tylko sekundę ale wystarcza, bym je wyłapała.
-No czas bierzy. -Ines wstaje- Idźcie. Piętro minus 6.  Do zobaczenia później. Odprowadza nas do windy. Gdy drzwi się zamykają, oddycham z ulgą.

 -Co jest Melissa? Boisz się?
 - Od razu boisz. Można powiedzieć, że jestem trochę zfiksowana.

Odpowiadam bo to prawda. Czuję się tu jak w klatce. Nie chodzi o windę. Myślę o tym całym kapitolu. Tęsknię za morzem. Chciałabym jeszcze je kiedyś zobaczyć.
 A propo widzenia. Muszę pójść do Finnicka. Chociaż ten jeden raz przed igrzyskami. Nacieszyć się. Porozmawiać.
 W sali  ćwiczeniowej, rozglądam się nie pewnie. Jak co roku, trybuci z jedynki i dwójki są pokaźnie zbudowani ale jak nigdy reszta trybutów to marni 12-14 latkowie. To znaczy, że prawdziwa walka rozegra się między mną, a zawodowcami. Niech najpierw przeżedzą ten tłum, a potem my się nimi zajmiemy.
 Instruktorka o imieniu Coral, jak na ironię z płomienno rudymi włosami, lustruje wszystkich uważnie i pokazuje nam stanowiska oraz objaśnia zasady. Kiedy mówi, ja tylko wbijam wzrok to w podłogę, to w Toma. Kończy i rozchodzimy się. Wybieram stanowisko jadalnych roślin i kątem oka widzę Toma podążającego za mną. Chyba jesteśmy w sojuszu. Przez bitą godzinę próbuję to ogarnąć. W życiu nie widziałam takich roślin. Gdzie to rośnie? Zauważam też popisy zawodowców. Faceci z 1 i 2 rzucją oszczepami celnie na 15 metrów. Dziewczyny bawią się nożami i maczetami. Wodzę oczami po innych. Wszyscy z przerażeniem wpatrują się w zawodowców. Oprócz mnie i Toma. Jeśli ktoś ma ich zabić, to my. Tom ciągnie mnie za rękaw i kieruje się w stronę węzłów. Następną godzinę wiążemy przeróżnie węzły, następnie kamuflujemy się i rozpalamy ogniska. Mija pierwsza część i idziemy na obiad, który jemy z trybutami z 12. Całkiem mili. Obydwoje mają ciemne włosy i oczy. Ale raczej żadne z nas nie ma ochoty na sojusz. Dopisuję ich do listy unikania, bo wiem, że im więcej czasu z nimi spędzę, tym większe będę miała skrupuły bronić Toma. Potem, do końca zajęć, ćwiczymy wspinaczkę, zastawianie pułapek. Zauważam też małego chłopca w okularach, który uważnie mi sie przygląda. Po znaczku na koszulce poznaję, że jest z 3.
 -Co jest? Pytam go, męcząc się nad jednym z najprostrzych sideł.
 -Źle to robisz. Mówi cicho.
 -Słucham?
 -No.. Spróbuj trochę niżej to zawiązać.
 Lekko ździwiona robię tak, jak mi powiedział i udaje mi się.
 -Dzięki mały. - Mówię i uśmiecham sie do niego. - Jak masz na imię?
 -Jestem Ned. A ty?
 -Melissa.
Chętnie porozmawiałabym dalej z tym chłopcem ale słyszymy z megafonów, że już jest koniec zajęć i mamy się udać do kwater. Macham mu na pożegnanie i idę w stronę windy. Po drodze podłącza się Tom, który przy pułapkach się gdzieś zawieruszył. Drzwi windy się zamykają, a Tom do mnie zagaduje.
 -Widzę, że masz nowego sojusznika. To znaczy, że chcesz mnie zostawić?
 Parskam śmiechem, bo żart jest całkiem zabawny.
 -Kto powiedział, że jesteśmy w sojuszu? A Ned, to bardzo mądry chłopiec.
 -Tak, i ma metr piędziesiąt wzrostu.
 -Siła to nie wszystko, Tom. 

Odpowiadam bardzo poważnie. Czasami to spryt, nie siła, potafi ocalić życie.
 Na górze już czeka kolacja. Jesteśmy tak głodni, że nie patrzymy, co jemy. Jak to mawiał mój tata: dobre, bo ciepłe. Zastanawiam się, gdzie są Finnick i Ines. Nie widzieliśmy się cały dzień. Tom idzie do siebie i ja też już się zbieram, ale zatrzymuje mnie awoks z kopertą. Biorę ją i szybko truchtam do swojego pokoju. Dopiero gdy leżę na łóżku, otwieram kopetę. Jest tam list. Od Finnicka. Bardzo krótki. "Przyjdź do mnie po zmroku. Porozmawiamy. Pokój 4.05" Patrzę na równe zawijasy, a potem na okno. Mam okołu 1,5 godziny. Idę pod prysznic, bo po całodniowych ćwiczeniach warto byłoby się odświeżyć. Wchodzę pod prysznic, myję zęby. Owinięta ręcznikiem idę na poszukiwania ubrania. Jak to się dzieje, że zawsze na mnie czeka, poskładane, czyste i dokładnie w tym samym miejscu? Wciągam na siebie luźną szarą bluzkę i czarne legginsy. Jako że mam jeszcze trochę czasu, biorę pierwszą, lepszą książkę z półki i rzucam się na łóżko. Kocham czytać. Jedna z nie wielu czynności, która daje mi przyjemność. Gdy jestem mniej więcej w połowie tej fascynującej książki o mutancie zabijającym potwory, przypominam sobie o Finnicku. Z niechęcią odkładam książkę. Muszę ją dokończyć przed igrzyskami. Nie wiem jakie buty wybrać, więc postanawiam iść boso. Przecież nie zmarznę.
 Odszukuję pokój 4.05 i pukam. Po chwili, otwiera mi Finnick. Tylko w szarych dresach. Włosy ma jeszcze mokre od kąpieli. Nie mogę się powstrzymać i spoglądam na jego umięśniony brzuch. Jednym słowem: raaaar.
 -Wiedziałem, że przyjdziesz.
 -A jakbym nie przyszła?
 -To zacząłbym cię szukać.

 Uśmiecha się zniewalająco. Rozgląda się uważnie i wciąga mnie za rękę do pokoju.

--------------------------------------------------------------------
Przepraszam was skarby, że tak długo nic nie pisałam ale teraz miałam próbne testy gim. i poprostu nie byłam w stanie tworzyć. Jeśli macie jakieś propozycje, to piszcie w komentarzach ;)

niedziela, 8 grudnia 2013

                                           Rozdział 4



Gdy wchodzę do jadalni,  wszyscy już są w połowie posiłku.
-No wreszcie, Melissa! Zaczeliśmy bez ciebie. Siadaj, napewno coś zostało.
- Sory, brokat się ciężko zmywa. Mruczę, a inni się śmieją. Siadam na rogu stołu, pomiędzy Finnickiem a Tomem. Naprzeciwko siedzi Ines, a obok niej styliści. Rozkoszuję się czymś, co nazywa się lasagne. Swietne. Mimo, że najadam się aż po same uszy, wpycham jeszcze deser, który jest wyborny. Czuję, że nie będę mogła się ruszyć.
 Po obiedzie przychodzi czas na integrację. Styliści wychodzą razem z opiekunką, bo mają jakieś tam zajęcia, a Finnick chce nas poznać i może wymyślić jakąś strategię. Hmm jak to bywa w kapitolu, nie obyło się bez alkoholu. Spokojnie sączę szampana, który przetacza się gorącą falą przez moje ciało. Rozluźniam się i jestem pewniejsza. Bez wahania opowiadam, kiedy Finnick pyta się mnie o rodzinę, co lubię i codzienne zajęcia.

- Moja matka nie żyje. Ojciec kiedyś wygrał igrzyska. Teraz jest przegrany. Przegrał walkę z butelką - mówię bawiąc sie kieliszkiem - na mnie spadł cały obowiązek trzymania nas przy życiu. Miałam lepiej niż inni. Nie musiałam pracować ani głodować. Pensja zwycięzcy była wystarczająca. Wiedziałam, że zostanę wylosowana. Pytanie kiedy? 
 Nikt się nie odzywa. Biorę kolejny łyk. Jest już za późno, by się wycofać.
-Mimo tego, nie byłam szczęśliwa. Chciałam ze sobą skończyć ale zabrakło mi odwagi. Tak to już jest z tchórzami.
 Pociągam jeszcze jeden łyk. Zauważam, że Tom spogląda na mnie z troską i niepokojem. 
Mam to gdzieś. Mam ochotę się upić.
-A teraz mam świetną okazję. Bo tak czy siak, jest minimalna szansa, że wygram. O nie przepraszam, żadna!
 Piję do dna, i sięgam do tacy z pełnymi kieliszkami.
-I jeśli mam być szczera, to ostatnią moją wolą będzie to, że Tom ma wygrać. Zrozumiałeś?- zwracam się do Finnicka - Za wszelką cenę masz go ocalić. To tyle.
 Zapada cisza. Czuję, jak coś leci mi po policzku. Chcę się uspokoić ale wybucham płaczem tak gwałtownym, co niespodziewanym. Wstrząsają mną spazmy. Czuję jak ktoś mnie podnosi. Przytulam się do niego, bo bardzo tego potrzebuję. Gdy kładzie mnie na łóżku w moim pokoju, chcę krzyczeć żeby nie odchodził. Tom zostań, myślę ale on jakby czytając w moich myślach siada obok, łapie moją dłoń i delikatnie głaszcze.
 - Tom, zawołaj tu Finnicka. Proszę. 

Siadam na łóżku i uspokajam się. Bez słowa wychodzi i po chwili wchodzi mój mentor. Zamyka starannie drzwi i siada.
 -Domyślam się, że to co powiesz jest poufne?
-Tak, dobrze się domyślasz. To, co powiedziałam tam, to prawda. Chcę byś uratował Toma. Dobrze? - moje myśli spowolniły się.
To pewnie przez alkohol - Dla niego nie jest jeszcze za późno. Rozumiesz? 
 -Rozumiem.
 - Wątpię.
 - To mi wytłumacz. Mówi po chwili.  Patrzę na niego zaskoczona. Co go to obchodzi? Nie wiem czy na pewno ale chyba szampan ma właściwości rozwiązujące język. Bo nim zdążę pomyśleć, mówię. 
 - To jest tak. On jest lubiany. Ma rodzinę, która go potrzebuje. Ktoś będzie za nim tęsknił.
 - A prawdziwy powód? 
Ma strasznie bystre spojrzenie. Domyśla się. 
 -Nie ma.
 -Nie ma? Czyli dasz radę bez niego żyć.
- I ja ci się w ogóle nie podobam, prawda?
Pyta po chwili uwodzicielskim głosem, przysuwając się bliżej mnie.

 -Tak. Nie. Słuchaj, nie mieszajmy do tego moich uczuć. To i tak bez znaczenia. Trafię na arenę. Jest mi wszystko jedno. Tobie pewnie z resztą też. - mój głos jest zimny jak lód - Bo co cię mogą obchodzić biedne nastolatki z twojego dystryktu, gdy tutaj masz kapitolinek na pęczki, hę? 
 W jego oczach widzę ból. Nie wiem dlaczego. Przecież mówię prawdę. Spogląda na mnie smutno i już ma wyjść ale zagradzam mu drogę.
 -Finnick przepraszam. Nie chciałam. Słuchaj, nie wiem jak to określić, ja go kocham jak brata... A ty...
 Czuję, że powinnam to zrobić. Później może być za późno. Zbliżam się do niego, wspinam lekko na palce i muskam jego usta. Wydaje się lekko osłupiały ale pochyla się i odwzajemnia pocałunek. Chcę tego. Pragnę miłości. 


Dlaczego?

Bo.. Bo jestem samotna. 

Biorę jego twarz w dłonie i spoglądam prosto w oczy.
 -Podobam ci się? - pytam lekko nieprzekonana. Zamiast odpowiedzieć, wpija się w moje usta. Odsuwa się po chwili.
 -Wygrasz? Dla mnie?

 Nie wygram.


- Nie obiecuję.
- Nie obiecujesz.

 Finnick wzdycha i wychodzi. No to tyle jeśli chodzi o nas. Przegrałam tę walkę.

Nie mam siły go gonić. Emocje całkiem wyssały mnie z energii. Zrzucam z siebie ubranie i wpełzam pod kołdrę. Jutro trening. Zasypiam niemalże odrazu.

środa, 4 grudnia 2013

                                     Rozdział 3


Leżę na cholernie zimnym stole, chociaż ciało mnie piecze nieziemsko, zaciskam zęby i czekam aż skończą. Moja ekipa, to 3 kolorowe osóbki, płytkie niczym kałuża. Ta ich paplanina doprowadza mnie do szału. Gdy nie mam już włosów na ciele nie licząc tych na głowie i połowy brwi, dostaję szlafrok i przychodzi moja stylistka. Ma na imię Tess, wygląda w miarę normalnie. No może porócz tatuaży na twarzy. Rękach. Nogach. Plecach. I piersiach, które lekko prześwitują przez bluzkę. 
 -Cześć Melissa! Miło mi cię poznać! Jestem Tess. Bardzo cię tu umęczyli? No nic. Chodź, pójdziemy do garderoby! Mam kilka specjanych rzeczy dla ciebie! Zobaczymy czy coś ci będzie pasować! 

Łał, bardzo energiczna, ta moja stylistka.
Wchodzimy do pokoju obok. Rozglądam się. Jest cały czerwony i w ok
oło są lustra.
 -Oj, nie rób takiej goźnej miny, opowiedź mi coś o sobie. -mówi- Dobierzemy coś do twojego charakteru.
Myślę dobrą chwilę, jednak nie wiem co powiedzieć, a ona chyba to zauwarza.
-Nie jesteś zbyt rozmowna. Ani za pogodna.
-To raczej prawda.
-Widziałam cię na dożynkach. Miałaś minę jakbyś chciała ich wszystkich pozabijać. Tak czy siak - zaczyna kiedy staje się jasne, że nic nie powiem - jesteś z czwórki, rybołówstwo. Masz ładne ciało, więc troszkę je odsłonimy.
Uśmiecha się po szelmowsku i znika za parawanem. Gdy wraca przynosi coś w czarnym pokrowcu na wieszaku.
-Mam taką cichą nadzieję Tess, że nie będę naga. Nie wiem czy wiesz, jestem trochę nie śmiała..

Śmieje się w odpowiedzi, wręcza mi wieszak i zasówa kotarę.

-No, przebierz się, ty wstydziochu.
Gdy wychodzę, wstępuję na podest i czekam aż Tess zrobi mi makijaż i fryzurę. Gdy odsuwa się, zapiera mi dech w piersiach. Mam na sobie lekką, niebieską sukienkę do połowy uda, która przy każdym ruchu delikatnie faluje, do złudzenia przypominając morskie fale. Talię podkreśla mi pasek ze sztucznych ale bardzo realistycznie wyglądających alg.Włosy mam zakręcone w fale, upięte w luźnego koka z powplątanymi mini muszelkami i złotym brokatem. Na rękach też mam brokatowe zawijasy. Również na powiekach, tylko że niebiesko-złote. Jeej, wyglądam jakbym była baśniową syrenką która przemieniła się w dziewczynę i wyłoniła z morskiej piany. Jednak coś mi tu nie gra...

-Tess, a gdzie buty?
-Nie ma - odpowiada chichocząc.
-Ale jak to..
-Słuchaj. Chcę, żebyś wyglądała olśniewająco, bez butów będzie lepiej, zaufaj mi! A i zapomniałabym! -uderza się dłonią w czoło- Masz. Na głowę zakłada mi wianek z alg, a na szyję sznur pereł. Tak wielkich, że napewno kosztują majątek.

-No to jesteś gotowa. Idziemy! Nie zostało wiele czasu!

Wsiadamy do windy i zjeżdżamy na dół. Podchodzę do rydwanu z numerem 4. Tom już przy nim jest. Wygląda równie olśniewająco co ja. Tyle że jest mniej "ubrokacony". Zamiast spodni, ma coś w rodzaju wystrzępionej szmaty, a na plecach ma zarzuconą świecącą sieć rybacką. Tylko o wiele ładniejszą niż prawdziwa.

Wita mnie uśmiechem i prześlizga się wzrokiem po moim kostiumie. Odruchowo też na siebie spoglądam i dopiero teraz to widzę. Ta sukienka jest prawie przezroczysta! Tylko w kilku strategicznych miejscach jest bardziej kryjąca...
Tom widząc mój wzok, udaje że podziwia podłogę. Już mam się odwrócić i "coś" zakomunikować mojej cudownej stylistce ale zauważam, że nie ma jej. Ekstra. Poczekam do obiadu.


Słyszę gong. To znak, że pora wejść na rydwany. Tom podaje mi rękę, a ja ją ignoruję i sama wdrapuję się na pojazd. Przytrzymując sukienkę na tyle wysoko, że Tom znów interesuje się wyłącznie podłogą. Satysfakcja rozprowadza mi się falą po ciele. Czuję lekki stres. Z drugiej strony ciekawi mnie to, co tam jest. Gdy wyjeżdżamy, coś oślepia mnie i robi mi się ciemno przed oczami. Upadłabym, gdyby nie silne ręce Toma które w porę mnie podtrzymały. Patrzy na mnie pytająco. Kiwam głową. Łapie mnie pewniej w tali, bardziej ochronnie niż ostentacyjnie. Opieram głowę o jego ramię bo dalej kręci mi się w głowie. Kątem oka widzę siebie na wielkich ekranach. Razem wyglądamy jak para królewska. Zastanawiam się jakie będą tego konsekwencje.

Tuż po ceremonii, zsiadamy z rydwanu zauważam naszego mentora. Finnick Odair. Nie mogę zebrać myśli.

 Legenda. Gwiazda. Idol. Zwyciezca. Mentor.
 Jest przystojny. Bardzo. Ale tak, że aż mnie onieśmiela. Gdy podchodzi, robi mi się gorąco. 

- Hej, jestem Finnick Odair. -Tomowi podaje rękę, a mnie całuje w dłoń. Czuję, że się czerwienię, jak patrzy mi w oczy zbliżając usta do mojej dłoni.- Melissa, Tom, chodzie ze mną. Pokaże wam nasze piętro. Wyjeżdżamy windą na górę. Gdy wszyscy stoimy w wielkim pokoju z telewizorem, stołem, krzesłami, kanapami oraz kominkiem, kiedy dochodzę do wniosku, że jesteśmy w pokoju dziennym, Finnick mówi.   

-Tutaj jest jadalnia oraz pokój dzienny. Idźcie do siebie i doprowadźcie się do pożądku.  Podobnie jak Tom wcześniej, błądzi wzrokiem po moim ciele. Hmm... Najdziwniejsze, mi to w ogóle nie przekadza. Zaprowadzona przez ciemną awoksę do mojego pokoju, już przy wejściu zrzucam sukienkę i kieruję się pod prysznic. Kiedy ostatni płatek brokatu trafia do odpływu,  eksperymentuję z różnymi programami prysznica. W efekcie pachnę malinami, a moje włosy jagodami.  Uwielbiam te owoce. Osuszam się ręcznikiem i postanawiam poszukać stroju w szafie. Ubieram się w jakąś luźną bluzkę i wybieram lekko obcisłe dżinsy. Zmęczona całym dniem idę wreszcie coś zjeść.
Umieram z głodu.

------------------------------------------------------------------
Przepraszam was skarby że tak długo.. ale sami ozumiecie szkoła :// no i jeszcze weny nie miałam ostatnio.. ale tada oto moje małe cudeńko :D
Jeśli macie pytania to piszcie.
A i jeszcze jedno. O co chodzi z Finnickiem? Otóż, to moja wersja gdzie nie ma Annie na świecie. Sory.. Ale to moja historia i Annie nigdy nie powstała. Tak. To tyle w temacie. xD

sobota, 30 listopada 2013

                                              Rozdział 2


Tom wpatruje się we mnie uważnie.
 - To co, nie zaprosisz mnie do środka?
- Jasne, wchodź. 
 Wchodzę i siadam na łóżku. Dalej patrzy na mnie z lekkim niepokojem. 
- Myślę, że nie powinniśmy się bawić w podchody. Przejdź do sedna, Mel. - mówi Tom.
- Tak to dobry pomysł. - chwila milczenia- ale się porobiło, nie? I ja wiem co zamierzasz Tom. Nie chcę, byś starał mnie ochronić. Możemy być w sojuszu.
Dalej milczy.
 -Pamiętasz jak się rozstaliśmy? Nie chciałam tego. Byliśmy przyjaciółmi ale ty chciałeś czegoś więcej. A ja... - głos mi się łamie- nie czuję tego tak jak ty. Przepraszam. Przepraszam za tamto i za teraz. Nie powinnam tu w ogóle przychodzić. 

 Już mam wyjść, gdy on znowu sadza mnie na łóżku. Klęka naprzeciwko mnie. Ma bardzo smutne oczy.

-Teraz ty mnie posłuchaj. - bierze mnie za ręce- Ja też chcę cię przeprosić. Nie powinienem ci się narzucać. Miałaś prawo do wyboru. A ja się obraziłem, bo dostałem kosza. Trudno. 

  Pamiętam tamten dzień. Siedzieliśmy w ogrodzie. Słońce świeciło, ptaki  ćwierkały. Wtedy czułam się taka szczęśliwa. A potem, on wyskoczył z tym całym tekstem o tym jaka jestem dla niego ważna i że czuje coś więcej.  Zamurowało mnie kompletnie. Odmówiłam. On się obraził, a ja się załamałam. Straciłam swoje jedyne oparcie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć.
 Tym czasem, on mówi bardzo łagodnym głosem.

- Może zapomnijmy o tym i ustalmy jakąś strategię, dobrze?  

  Z myślenia wychodzą nici i po godzinie, ze zmęczenia, zasypiam na jego łóżku.

Gdy budzę się rano, pierwsze co czuję, to ciepło. Bije ono, od nagiej, umięśninej klatki piersiowej Toma, którą obejmuję. No nie źle. Nigdy nie wyzbędę się odruchu przytulania w nocy. 
 Sama nie jestem lepsza, bo na sobie mam samą bieliznę. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy się rozebrałam, jednak mam jakieś przebłyski, że zrobiłam to przez sen. Nigdy nie śpię inaczej niż w bieliźnie. Troszkę niepokojące jest to, że dziś spałam z Tomem. Z drugiej strony, mi to nie przeszkadza. Od małego spaliśmy razem, więc nie robi to na mnie wrażenia. Zastanawia mnie to, że dałam radę bez tabletek. Zwykle inaczej nie zasypiam na całą noc. A tu proszę, taka niespodzianka. Siadam na łóżku i z przerażeniem stwierdzam, że Tom nie śpi, a nasze ubrania zostały zabrane i zastąpione nowymi.
 Jaki wstyd. Pewnie jak ktoś wszedł do pokoju, zobaczył nas razem we wielkim łożu i porozrzucane części garderoby na podłodze. No po prostu świetnie.
 - Tom, co ja tu robię? - mówię lekko nie mrawa.
- No jak to co? Śpisz. - odpowiada tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na ziemi. Irytuje mnie.

- Hmm, mogłeś mnie obudzić albo zanieść do pokoju?
- Tak uroczo wyglądałaś, że chyba popełniłbym największy błąd w swoim życiu gdybym tak zrobił...
-Żartowaniś. - spoglądam na niego z ukosa. Uśmiecha się od ucha do ucha. Tak jak kiedyś... 
Wyskakuję z pod kołdry, zabieram nowe ubrania do łazienki i wchodzę pod prysznic. Gdy ciepłe strumienie oblewają moje ciało, zastanawiam się nad ostatnimi słowami Toma. Co to niby miało znaczyć? Ta sytuacja wydaje mi się absurdalna. Przychodzę do niego, by mu wypersfadować chronienie mnie, a potem śpię z nim, pieczętując to, jak bardzo jesteśmy zżyci. Ale jestem głupia. Trzeba było z tamtąd zwiać w cholerę, póki się dało.

 Gdy razem, już wyszykowani zmierzamy do wagonu restauracyjnego, to cały pociąg huczy aż od plotek. Przybieram groźną minę i częstuję nią każdego z załogi przechodzącego obok nas. Mam za swoje.

 Wspólne śniadanie z Ines tylko potwierdza moje domysły. Delikatnie próbuje nas wypytać o nasze relacje. Gdy wreszcie rozumie, że nic z nas nie wydobędzie, opowiada co nas dziś czeka.

- Macie dzisiaj spotkanie z mentorem. Dołącza do nas dopiero w kapitolu, ponieważ miał kilka ważnych spraw przed igrzyskami.
- Kto jest naszym mentorem? - pytam cicho.
-Finnick Odair. - nie źle, będziemy mieli szansę wygrać. - właśnie, jak przyjedziemy do ośrodka od razu zajmą się wami ekipy przygotowawcze i styliści. A i obiad z mentorem! O! Patrzcie, już jesteśmy!

Zgodnie odwracam głowę do okna i widzę to.

To Kapitol.
----------------------------------------------------------------------

uffff taki długi xD i oczywiście komentujcie bo to dla mnie bardzo ważne!

czwartek, 28 listopada 2013

                            Rozdział 1, część 2


  Ines pogratulowała mi szczęścia i wyciągnęła kolejną karetczkę.
 - Tom Williams.
 O nie. On jest ostatnią osobą, która jest mi potrzebna do szczęścia. Wszyscy byle nie on! Chwiejnym krokiem idzie na podest. Gdy podajemy sobie ręce, to on ukradkiem, niby przypadkowym gestem ociera jedną łzę. Wiem, że ona jest dla mnie. Muszę  z nim porozmawiać na osobności. Tylko kiedy?

 Zaciągnęli mnie do pałacu sprawiedliwości, gdzie przez godzinę siedzę i wsłuchuję sie w cichy głos mojego ojca, lecz nic do mnie nie dociera. Może oprócz tego, że nie będzie mnie specjalnie wyczekiwał. Super, łatwiej będzie mi zginąć. Głaszczę mojego wiernego psa. Jego będzie mi najbardziej bakowało. Potem jedziemy z opiekunką oraz Tomem na dworzec i wsiadamy do pociągu. Nasz mentor czeka już w kapitolu.

W życiu nie widziałam takiego wnętrza. Wszystko obudowane, miękkie i pstrokate.Fuj, od samego patrzenia robi mi sie nie dobrze. Ines pokazuje nam nasze pokoje. Na szczęście, nie są aż tak błyszczące i jaskrawe. Mój jest prawie cały zielony. Taki jak lubię. Nie powiem, robi wrażenie. A na koniec idziemy do wagonu restauracujnego i szef kuchni komendoruje nam, że możemy przychodzić kiedy chcemy. To chyba jedna z nie wielu dobrych nowin dzisiaj.


 Mamy trochę wolnego czasu, więc idę pod prysznic i zastanawiam się co dzisiaj się zdarzyło. Wstałam rano, zjadłam kromkę suchego chleba. Później, przygotowałam się na dożynki. Nie dość, że mnie wylosowano, to jeszcze Toma... 

 Wycieram się i dochodzę do wniosku, że zajrzę do niego w nocy. Musimy sobie coś wyjaśnić.
 Moje dożynkowe ubranie zniknęło,  a zamiast niego, widzę szarą tunikę i czarne,  skórzane legginsy. I buty. Na cholernie wysokim obcasie. 

 Podążam za wybornym zapachem pieczonego mięsa, co krok balansując na platformach. Już wiem, że nienawidzę tych butów. Ale i tak rozkoszuję się widokiem lekko  oniemiałego Toma. Siadam obok niego i zaczynam jeść w milczeniu. Dołącza do nas Ines i wesoło trajkocze o czekających nas zabiegach upiększania.

- Jak z wami skończą,  będziecie nie do poznania!

 Taaa, myślę,  tak samo będzie na arenie.
 Po kolacji,  oglądamy powtórkę z  dożynek w innych dystryktach. Nic nie zapada mi w pamięć. Zbyt intensywnie myślę o Tomie.
 Rano mamy być w kapitolu. W moim pokoju czeka już piżama. Przebieram się w nią i patrze na zegar. Dochodzi około 12. Ubieram kapcie i wzdycham, bo nogi bolą mnie nieziemsko. To pewnie wina szpilek. No cóż, warto było. 

 Wychodzę z przedziału i idę do Toma. Staję przed drzwiami i pukam. Po chwili otwiera mi, ściąga brwi i mówi. 

 - No proszę, kogo też kot przyniósł.

--------------------------------------------------

Uwaga,  uwaga co stanie się dalej?? Zachęcam do komentowania. Nie długo wyjaśni się sprawa Toma więc bądźcie!