poniedziałek, 24 marca 2014

                                   Rozdział 13

 Po kręgosłupie przelatuje mi dreszcz, kiedy słyszę ten głos przy uchu. Nigdy  wcześniej go nie słyszałam. Mimo to, wiem do kogo należy.
 - A co to za rybka wpadła w moją sieć?
 - Zostaw mnie.
 - Chcę tylko porozmawiać.
 - Możesz to zrobić bez trzymania mi noża na gardle.
 - Dobre spostrzeżenie. Tylko czy do mnie nie strzelisz jak cię puszczę? Jaką mam na to gwarancję?
 - Żadną - warczę. Tak, wiem. Nie zbyt mądre postępowanie na kogoś,  kto wisi na czyjejś łasce, ale chyba mu się to podoba, bo śmieje się ochryple.
 - Wiesz Melissa, jesteś odważna. Lubię takie dziewczyny.
 Wykorzystaj to! Myśl mała, myśl!
 - Zabierz ten nóż, słońce.
 Mój głos też jest ochrypły, ale bardziej ostry. Od tego zależy moje życie. Wystrzały armatnie rozdzierają powietrze. Tom gdzie jesteś?
 Powoli zdejmuję strzałę z cięciwy rzucam ją na ziemię. Dbam o to, by Alex dobrze to widział. Stawiam wszystko na jedną kartę. Odwracam się do niego i opieram o drzewo. Opuszcza nóż, ale dalej trzyma go w garści. Patrzę mu śmiało w oczy.
 - Co takiego masz mi do zaoferowania?
 Uśmiecha się zadowolony. Chwycił grę. Opiera dłoń na drzewie tuż nad moim ramieniem. Robi mi się gorąco. Tylko nie wiem czy z nerwów.
 - Powiedzmy, że taki niezwykły sojusz.
 - Niezwykły.
 - Niezwykły. - przeczesał dłonią czarne włosy. - Ty sobie będziesz zabawiać się dalej z tym Tomem, a ja będę polował z tamtą bandą. Potem, moja ty piękna amazonko, wykończmy naszych sympatycznych towarzyszy i zajmiemy się resztą.
 Czuję lód na karku. To może być pułapka. Ale coś mi mówi, że on nie kłamie. Naprawdę chce tak zrobić. Czyżbym mu zaimponowała?
 Patrzy na mnie wyczekująco. Nie podoba mi się błysk w jego oku. On naprawdę myśli, że na to pójdę?
- Spotkajmy się tu jutro. W południe.
- Ha, czyli się zgadzasz?
- Tego nie powiedziałam.
 Bawi się kosmykiem moich włosów.
 - No nie bądź taka. Razem możemy zawojować. Możemy. .
 Kładę mu palec na ustach. Nachylam się do jego ucha i szeptam.
- Widzimy się jutro.
Mijam go i pewnym krokiem oddalam się od tego cholernego rogu. Czekam na atak, na szybujący we mnie nóż, na cokolwiek. Nie wytrzymuję i odwracam się.
 Nie ma go. Alex zniknął.

***

Biegnę już dobrą godzinę. Po drodze nikogo nie spotkałam. Ani śladu Toma. Przezornie po drodze zostawiam znaki, by mógł mnie znaleźć. Łamię gałązki na tej samej wysokości. Przy odrobinie szczęścia znajdzie mój trop. Powinnam rozejrzeć się za wodą. Żałuję, że nie mam tego plecaka. Nachodzi mnie niebezpieczna myśl. Mogłabym po niego wrócić. Ale tam są zawodowcy. W sumie mam łuk i noże. Co mi może grozić?
 Mała nie bądź głupia. Nie dasz rady czterem osobom, ile byś nie miała broni. Zdejmiesz dwóch, a reszta cię dopadnie. Ale jakiś sprytny plan to dobre rozwiązanie. Jest szansa, że Alex by się przyłączył. Ale co bym potem z nim zrobiła? Wlokę się dalej. Nie długo zacznie zmierzchać. Muszę znaleźć miejsce na nocleg. I wodę.
 Słyszę płacz. Albo raczej szloch. Jak poparzona wspinam się na najbliższe drzewo i przykucam na konarze. Łuk mam w pogotowiu. Coś rusza się po prawej. Siadam pewniej i napinam cięciwe.  Czekam. Pode mną przechodzi dziewczyna z 7. Opuszczam łuk. Czy ona jest idiotką? Chodzi bez broni po arenie, na dodatek płacze. W pierwszym odruchu chcę do niej podejść. W drugim zastrzelić. Na koniec postanawiam się nie odzywać i obserwować. 
 Wiem jak mogę jej pomóc. W dość oryginalny sposób, ale jednak.

Nie wachaj się.

 Wyciągam nóż i ważę go w ręce. Biorę zamach i rzucam. Zgodnie z moim oczekiwaniem, wbił się w drzewo 3 centymetry przed jej nosem. Rozszerza oczy z przerażenia. Jest na tyle przytomna, by rozejrzeć sie dookoła. Chyba mnie nie zauważa. Szybko wyciąga nóż z drzewa i rzuca się biegiem.  Uśmiecham się pod nosem. Dobrze zrobiłam. Organizatorzy niech myślą, że chciałam ją zabić, a ona ogarnęła się i ma broń. Myślę, że trzeba było jej takiego kopa. Zadowolona z siebie zchodzę.
 Postanawiam poszukać wody. Swoją drogą jestem głodna. Powinnam zapolować. Ale najpierw woda. Strumyka szukałam dobrą godzinę. Właściwie można to nazwać potokiem czy czym tam. Nigdy nie byłam dobra z geografii. Woda nie wygląda na skażoną, bo widać ślady dzikich zwierząt przy brzegu. Dziki, sarny, o a nawet ryś. Myję twarz, ręce, kark. Zauważam kilka małych rybek przepływających miedzy kamieniami. Szybko zabieram się za plecenie sieci. Nauczyła mnie tego mama.
 Gdy kończę, zaczyna zmierzchać. W między czasie odkryłam małą jaskinię. Tam przenocuję. Wyplotłam też matę do spania. Nałowiłam tak dużo ryb, że połowę muszę wyrzucić. Bez przerwy myślę o Tomie. Rozpalam małe ognisko, tak by było jak najmniej widoczne.
 Objadam się tak, że nie mogę się ruszyć. Rybki były całkiem dobre. Staram się zatrzeć ślady, ale już robi się ciemno. Pełna obaw wpełzam do swojej jaskini. 
Słyszę hymn Panem i znowu jestem zmuszona wyjżeć na zewnątrz. Proszę tylko nie Tom. Proszę. Mamo czuwaj nad nim. Proszę. 
 Na niebie wyświetlają się twarze poległych. Dziewczynka z 3. Chłopaki z 5, 6 i 8. Nie ma go! Nie ma Toma. Dziękuję. 
 Zabite zostały jeszcze dziewczyny z 6, 10 i 11. Dziękuję w myślach za ich ofiarę. Zostało nas 17. 
 Mój wzrok przykuwa ruch. Coś jest w krzakach. Pewnie jakieś zwierzę. Nie wiem kiedy złapałam taką schizę, ale nie będę w stanie spokojnie zasnąć, póki nie sprawdzę tego czegoś. Biorę łuk i zaczynam się skradać. Szczęście że noc jest jasna. Głupia pełnia. 
 Jestem metr od tego. I jestem na 100% pewna, że tam ktoś jest. Jak burza wpadam między drzewa, napinając łuk. 
Widzę kształt na ziemi. Na mój widok już ma się zerwać, ale prawie krzyczę.
 - Nie ruszaj się!
 Patrzy na mnie i zaczyna się śmiać. O co mu chodzi? 
 Rozpoznaję ten śmiech. To on. To on!

***********

Oczywiście komentujcie, zostawiajcie blogi, czekam :D

środa, 19 marca 2014

                           Rozdział 12


 Budzę się z myślą, że zostaje mi kilka dni życia. Trzeba je wykorzystać jak najlepiej.
 Czuję dziwną siłę, rozpierającą moje ciało. Jest jeszcze przed świtem, a mimo to jestem wypoczęta. Tom dalej mnie obejmuje. Nie mogę się powstrzymać i wodzę palcami po jego przedramieniu. Nadgarstek. Palce. Takie silne. Splatam je ze swoimi. Uśmiecham się lekko. Taki mały gest, a tyle radości. W myślach dziękuję wszystkim za Toma.  Co ja bym bez niego zrobiła? Zwariowałabym. Nie wiem ile tak leżę. W głowie krążą mi wspomnienia z Finnickiem. Wszystkie zamykam w szufladzie i nie chcę jej nigdy otwierać. Sprawiają mi ból.
 Prawie dostaję zawału gdy Tom otwiera oczy. Zamieram. Spogląda na nasze dłonie. Uśmiecha się. Naprawdę się uśmiecha. Mam nadzieję, że nie rumienię się, aż tak jak myślę.
 Dotyka mojego policzka. Zaczynam się bać, co narobiłam. Ja go odbieram jako przyjaciela. A to z pewnością nie jest przyjacielski gest. I tak zginiesz, rozbrzmiewa w mojej głowie. Nie możesz dać mu tej przyjemności? By wreszcie poczuł się kochany? Ale to nie w moim stylu. Chyba że... Nie będę udawać. Szukam w sobie i odkrywam, że naprawdę coś do niego czuję. Boże, ale co? 
 Podnoszę rękę i dotykam go. Muszę się dowiedzieć. Przejeżdżam palcami po jego szyi, wędruję po szczęce. Docieram do ust. Obrysowuję je.  Rozciągają się w jeszcze szerszym uśmiechu. W oczach widzę zadowolenie i coś, czego nigdy nie widziałam. Jakby głód. Zbliżamy się do siebie powoli, zahipnotyzowani swoimi oczami. To nie może być dobre co robię.  Nie może. Nasze usta złączają się. Delikatnie, ale nie nie pewnie. A potem wybucha bomba. Nie wierzę, że naprawdę tego chcę. Przyciągam go do siebie i obejmuję za szyję. Jego palce błądzą po moich plecach, a moje ciało domaga więcej. Całuje mnie zachłannie. Zaczyna brakować mi tchu. Gdy muszę się od niego odsunąć, zalewa mnie fala niepewności. Co ja zrobiłam. Co ja najlepszego zrobiłam?! Mamo? Co teraz robić. Ja.. Ja go kocham. Znowu to robię. Znowu kogoś kocham. I znowu kogoś stracę. Przeklinam w duchu te cholerne igrzyska. Mam ochotę dopaść tego geniusza, który to wszystko wymyślił.
 - Co to było, Melissa? 
 - Nie wiem. Sama się zastanawiam. 
Gryzę nerwowo wargę. Wciąż czuję na niej jego dotyk. Oddechy mamy nie spokojne.
 - To.. To chyba był okruch radości. 
 Nie pyta. Wie, że często zdarza mi się walnąć coś zrozumiałego tylko dla mnie.
 Jedno mnie dziwi. Nie żałuję tego. Powinam czuć się wina. Finnick nie jest mi obojętny. I nigdy nie będzie. Szczerze, skoczyłabym za nim w ogień. A Tom... Jakkolwiek to zabrzmi, skoczyłabym za nim nawet w dwa ognie. Idiotka.
 -I co my teraz zrobimy? - pyta leżąc na plecach i wpatrując się w sufit. Teraz mała przechodzimy do ofensywy. Finnick nie może się niczego dowiedzieć. Żebym tylko głos miała pewny.
 - Zaczynają się igrzyska. Spróbujemy wygrać. - gramolę się spod kołdry - A teraz uważaj. Na arenie nie będziemy okazywać sobie  głębszych uczuć. - idę do łazienki, myję twarz i w między czasie mówię - Jeśli organizatorzy coś zauważą, to po nas. Rozumiesz?
 Patrzy na mnie zdziwiony. Trawi moje słowa. Chyba go nie przekonałam. Czas na cięższe działa. Siadam obok i biorę jego twarz w dłonie.
 - Nie chcę, żebyś zginął w męczarniach. Zaufaj mi. Mam plan. - głaszczę go po policzku - Ukryjemy się gdzieś. Zrobimy własny obóz. Jak zawodowcy troszkę przeżedzą ten tłum, to wkroczymy do akcji. A pierwszymi których wykończymy, - uśmiecham się złowieszczo - będą oni.
 Zamiast również się uśmiechnąć, kręci głową. On mnie do szału doprowadza.
 - Nie podoba mi się to wszystko.
 Przechylam głowę i wpijam się w jego usta. 
 - A to ci się podoba? Jeśli tak, masz jakąś godzinę, by się tym nacieszyć. Potem możesz o tym zapomnieć. 
- Zadziwiasz mnie. W jednej chwili nie chcesz żyć, a w drugiej masz całkiem nie źle przemyślany plan na przetrwanie. 
 Przełykam ślinę. 
- Bo mam dla kogo przetrwać. 
Uśmiecha się smutno. Co ja znowu powiedziałam? Ogarnia mnie panika. 
 - To nie tak jak myślisz! Mnie nic już nie łączy z Finnickiem. Ja..
 - Ciii - położył mi palec na ustach - Nie tłumacz się. Ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa. 
 W oczach zbierają mi się łzy. 
 - Ja też chcę żebyś był szczęśliwy. Nie przeżyję bez ciebie. Proszę...
 - Posłuchaj, na ciebie będzie ktoś czekał. 
 - Nie prawda. Mój ojciec nawet mi nie będzie kibicował.
 Patrzy długo w okno.
 - Nie mówiłem o nim.
 Czuję, jakby ktoś przywalił mi w twarz. Łapię się ta tym, że przytulam go z całej siły.
 - Nikt nie będzie mi w stanie ciebie zastąpić.
 - Nawet nie będzie próbował.
 Podrywam się z łużka. To Finnick stoi w drzwiach. Ze złości aż zaczęłam dygotać.
- Ile ty tam stoisz, co?!
- Wystarczająco długo,  by zrozumieć. A teraz chodźcie. Styliści czekają.
 Patrzę na Toma, on jak gdyby nigdy nic uśmiecha się i rzuca przez ramię wychodząc:
 - Do zobaczenia na zachodzie.
 Czekam 2 sekundy i wściekła rzucam się na Finnicka, wciągam go do pokoju i przypieram do ściany. Wygląda na trochę zdezorientowanego.
 - Co ty sobie wyobrażasz? - syczę - Wchodzisz do mnie bez pytania, mieszasz się do moich spraw. I jeszcze jedno. Nigdy nie wybaczę ci tego, że prosiłeś Toma o poświęcenie dla mnie życia. Nigdy.
 Z furią wychodzę. Dawno mnie tak ktoś nie wyprowadził z równowagi. Tess już na mnie czeka.


***


Siedzę z innymi trybutami w poduszkowcu. Wszczepili nam nadajniki do przedramienia. Wiozą nas na tę cholerną arenę. Zawodowcy rzucają mi groźne spojrzenia. Wszyscy oprócz Alexa. Uśmiecha się zagadkowo. Jakbyśmy mieli wspólny sekret. Co on planuje?
 Patrzę na Toma. Jest blady, ale wygląda na zdecydowanego. Zachód. A jak będziemy bezpieczni, wyciągnę z niego wszystko co powiedział mu Finnick.


***

 Cylinder się zamyka, a mnie uderza adrenalina. Wyjedziemy na górę i będziemy się zabijać. Nogi aż rwą mi się do biegu.
 Jadę na górę. Wygładzam moro kurtkę i czarne spodnie. Strój jest świetny. Wygodny, funkcjonalny i dobrze dopasowany. Już nie wspominając o kolorach.
 Z radością witam promienie słoneczne. Rozglądam sie uważnie. Tom jest 3 stanowiska dalej. Ja jestem centralnie na przeciwko wejścia do rogu. Słońce idealnie nade mną. Południe.
 30 sekund.
Jest łuk! Ten sam czarny co na ćwiczeniach. Jesteś mój skarbie. Zawodowcy są rozsypani po drugiej stronie. Obok łuku widzę jeszcze komplet noży. To dla Toma. I jest jeszcze plecak.. nie. Nie uniosę tyle na raz. Łuk. A jak się uda,  to noże.
 15. 10. 5.
 Huk rozdziera powietrze. Ale ja jestem gotowa. Biegiem rzucam się do łuku. Zostały mi dwa metry. Łapię kołczan i w biegu przerzucam go przez plecy. Łuk mam w garści. Noże! Doskakuję i  zakładam szybko pas. Biegnę na zachód. A przynajmniej tak mi się zdaje. Już prawie znikam wśród drzew, ale właśnie obok ucha przeleciał mi oszczep. Oho, mam towarzystwo. Czekam na drugi. Chowam się za pniem i nakładam strzałę. Gotuje się we mnie. Wychylam się zza drzewa i szukam celu. To Meryl biegła za mną. Ale teraz jest do mnie tyłem i mierzy oszczepem do kogoś innego. Decyzję podejmuję błyskawicznie. Nie pozwolę zabić jej bezbronnego dzieciaka. Dociągam cięciwę do policzka. Instynkt podpowada mi, że coś jest nie tak. Zamieram. Czuję zimno na szyji. To metal.


------------
No to tak xD na samym początku,  chcę podziękować LucE, zainspirowałaś mnie do tego rozdziału troszkę, więc dziękuję :) przyjmij to jako małą dedykację :D oczywiście komentujcie i  zostawiajcie swoje blogi, które chętnie przeczytam ;)

czwartek, 13 marca 2014

                                           Rozdział 11



Nie długo wychodzę na scenę. Głowa boli mnie od płaczu. Tess poszła po jakiś dobry środek przeciwbólowy. Gdy go połykam, patrzy na mnie zmartwiona.
 - No opowiadaj co się stało.
 - To nienajlepszy pomysł..
 - Oh dawaj. Będzie ci lżej. 
 Wzdycham męczeńsko, ale mówię wszystko od początku. W między czasie zdążyła mnie ubrać, a teraz mnie maluje. Nie wiele widzę. Przed oczami mam mgłę. Zastyga z pędzelkiem przy mojej twarzy. 
 - A Tom? 
 - Co Tom?
 - Zależy ci na nim. Może powinnaś szukać oparcia u niego. - wzrusza ramionami i wznawia nakładanie mi na twarz pudru. To co mówi jest całkiem sensowne.
 - Ale on jest na mnie zły. Nie wiem, czy chce ze mną rozmawiać.
 - Na pewno chce. Przecież jest twoim przyjacielem.
 Jakoś na sercu robi mi się lżej. Może ma rację. 

 Nie powinnam się przywiązywać do Finnicka. Właśnie złamałam mu serce. Z resztą sobie chyba też... Byłam głupia wiążąc się z nim. Z każdą minutą zatapiam się głębiej w swojej apatii. Zbieram siły przed tym chorym występem.
 - No skończyłam. Wstań do lustra.
 Staję przed lustrem i zapiera mi dech. Już nic nie zastało z dziewczyny wyrzuconej na brzeg. Jestem jak.. jak..
 - Bogini śmierci. - mówi Tess, jakby czytała w moich myślach. Jestem przerażająco piękna. Suknia jest do ziemi, zwiewna i czarna jak smoła. Na górze jest bardzo dopasowana , z odkrytymi plecami i dekoltem w kształcie serca. Funkcję ramiączek pełni delikatna czarna koronka udająca rękawki, otulająca cały mój tułów i lekko rozszerzająca się do końca sukienki. Włosy mam pofalowane, opadające luźno na ramiona. Całość dopełnia makijaż. Ciemny, tajemniczy, przydymiony. Olśniewający. Jestem piękna. Uśmiecham się nie śmiało do odbicia. Tess promienieje dumą.

 -Dziękuję ci.. Naprawdę.. Jest prześliczna.
Przytulam się do niej. Może ona nie jest kolorowym dziwadłem z kapitolu.
 - Teraz idź, i ich oczaruj.
 Kiwam głową i idę do wskazanych drzwi. 

 W wielkim ciemnym pomieszczeniu tłoczą się już trybuci. Widzę Toma. Prezentuje się równie wspaniale co ja. Gdy do niego podchodzę, wygląda na zaskoczonego. Przybieram dumną pozę.
 - I jak? - unoszę wysko podbródek, powstrzymując się od śmiechu.
 - Przepięknie. - mówi odkłaniając się przesadnie. Mam wrażenie, że jest jak dawniej. Że znowu wygłupiamy się w dystrykcie.

 - Ty też nie masz niczego sobie. - dodaję jakby z lekkim niesmakiem. Poczym śmiejemy się, co dobrze mi robi po tych wszystkich beznadziejnych wydarzeniach minionych dni. Odprężam się i zatracam w rozmowie z Tomem narzekając na wszystko. Aż nagle wszystko cichnie i zaczynają się wywiady. Dość szybko przychodzi moja kolej. Jestem spięta. Widzi mnie całe Panem. Biorę głęboki wdech. Gotowa. Wychodzę na scenę. Wita mnie aplaus publiczności. Czuję, jakby nagle wiatr zawiał w moje żagle. Jak w transie odpowiadam na pytania prowadzącego. Chyba zdążyłam go polubić. Myślę, że publiczność też mnie polubiła, mimo tego, że starałam się być jak najbardziej naturalna. Słyszę swój perlisty śmiech i zastanawiam się,  kiedy ostatnio tak się śmiałam. Chyba za czasów dzieciństwa. Pocieszona takim obrotem spraw, zchodzę ze sceny.
 Na górze dopada mnie podekscytowana Ines i gratuluje mi występu. Uśmiecham się leciutko na widok idącego Finnicka. Nie mogę odczytać wyrazu jego oczu. 
 - Dobra robota. 
 Rzuca obojętnie. To ton mentora. Wysupłany z emocji. Niemal czuję zimno przepaści rosnącej między nami. Już wiem, że go straciłam. W ogóle nie powinam go nigdy mieć. To był błąd. Nie powinnam. Wiedziałam jak to się skończy. 
 Ruszam szybko do pokoju by nie zobaczył moich łez. 
 Na kolacji zjawiam się później niż wszyscy. Mam nadzieję, że udało mi się zasmakować makijażem opuchnięte oczy. Nic nie czuję siadając do stołu. Jednak gdy pastwię się nad swoimi ulubionymi żeberkami, czuje jak Tom ściska moją rękę pod stołem. Podnoszę na niego wzrok. Jest zatroskany i na pewno wie, że coś jest nie tak. Wzdycham i zmuszam się do wpakowania sobie marchewki do ust. Muszę jeść, przed igrzyskami. Nie mogę znieść tej ciszy przy stole. Dopijam wino z kieliszka, ale po zastanowieniu dolewam płynu z karafki i biorąc kieliszek wychodzę. W połowie drogi do pokoju ktoś łapie mnie za rękę. Odwracam się wściekle. To Tom. Szybko się uspokajam. Dalej mnie trzyma. Jego oczy są niczym dwa sople lodu. 
 - Chodź. 
 Ciągnie mnie do mojego pokoju. Już na wejściu zabiera mi wino. Spoglądam na nie tęsknym wzrokiem.
 - Teraz idziesz do łazienki, kąpiesz, przebierasz w piżamę, potem opowiesz mi wszystko. 
 Jego ton nie zostawia wątpliwości,  że nie da się spławić. Bez zastanowienia wykonuję jego polecenia. Gdy spłukuję włosy słyszę lekkie zamieszanie i szepty. Czy to był Finnick? Postanawiam to olać. Na tym etapie mam naprawde wszystko gdzieś.
 Wychodzę z łazienki i widzę Toma, siedzącego na podłodze, z tacą pełną przysmaków. Wiedział, że nie odmówię żadnego z nich. Zwłaszcza gorącej czekolady. Powstrzymuję się przed rzuceniem na te pyszności i przysiadam obok niego. Przechylam głowę czekając na rozwinięcie sytuacji. Nie mogę się nadziwić, jak zmienił się przez te lata. Z chudzielca wyrósł z niego mężczyzna. Włosy lekko opadają mu na czoło. Są kaszatanowe. A oczy... Właśnie wpatrują się we mnie z uwagą. W nich można się utopić.
 - Wiesz, o niczym bardziej nie marzę niż o twoim szczęściu. Chcę ci podziękować za te wszystkie lata. Jesteś moją skałą.
 Uśmiecha się łagodnie. Chyba nic nie jest w stanie zachwiać jego równowagi. 
 - Ale wiesz, że ja nie potrzebuję ochrony? A tym bardziej niańki. 
 O nie. Nie, nie, nie, nie! Dowiedział się? Ale skąd? Stop. Mała zastanów się. Mówiłaś to na początku. Że chcesz żeby przeżył. Ale wtedy byłam upita, mógł nie wziąć tego na serio. Jest jeszcze jedna osoba. Finnick.
 Postanawiam podejść do tego z rezerwą.
- A o co chodzi?
- O to, że sam potrafię o siebie zadbać i nie chcę byś się poświęcała dla mnie. 
 Zamieram z pianką w ustach. Nachyla się do mnie do mnie i ledwie słyszalnie szepta: 
 - Wygraj. Dla mnie. 
 Zabawne, że już druga osoba mi to mówi. Robi się niebezpiecznie. Nie chcę go okłamywać. Tak bardzo nie chcę. 
 - Dobrze. 
 Bierze moją dłoń i delikatnie głaszcze. Przechodzi mnie dreszcz. Jego dotyk jest taki kojący. Postanawiam zaryzykować i kładę głowę na jego kolanach. Czuję, jak gładzi mnie po włosach. Najpierw nieśmiało, jakby bał się że mu ucieknę. Zamykam oczy i poddaję się uczuciu nicości, spokoju. Bezpieczna. Kiedy znowu otwieram oczy, przypatruje mi się uważnie. Wygląda na zamyślonego.
 - Co jest? 
 - Po prostu tak dawno nie rozmawialiśmy ze sobą szczerze. I nie okazywaliśmy sobie uczuć.
 Tępy ból rozlewa się po moim ciele. Jaka ja jestem okropna. Zakłamana. Jestem zimną, bezduszną suką. Z piersi wyrywa mi się szloch. Za tysiąc pięćset lat nie będę na niego zasługiwała. Jest taki dobry. A ja go okłamuję.
 - Ej, co się stało? 
 Nie odpowiadam. Bierze mnie w ramiona i kołysze jak małe dziecko. 
 - No już. Damy radę. Każdy ma chwile słabości. Cicho.
 Opieram głowę o jego pierś. Chyba zmoczyłam mu całą koszulkę łzami. 
 - Tom jestem tym zmęczona.  Już nie mogę. Próbowałam być silna. Mam nadzieję, że szybko zginę. 
 - Nie mów tak. Proszę nie mów. 
 W jego głosie słyszę autentyczny ból. 
 - Nie odchodź.. - łkam. 
 - Nie będę. 
 Patrzę na jego twarz. Boże, jaki on jest silny. Nie płacze. Wierzy we mnie. Chce, żebym to ja wygrała. Głaszcze mnie po policzku. Chłonę ten dotyk jak nigdy dotąd. Napełnia mnie spokojem. Zastanawiam się, czemu nigdy tego nie zauważyłam. Zamykam oczy. Chyba myśli, że śpię. Przenosi mnie na łużko. Stoi chwilę nade mną i już ma odejść, ale chwytam go za rękę.
 - Nigdzie nie idziesz. - mamrotam i pociągam go lekko do siebie. Jakby nie pewnie, z ociaganiem wykonuje polecenie. Otacza mnie ramieniem. Wreszcie zasypiam.

piątek, 14 lutego 2014

                                          Rozdział 10


Na śniadaniu dostajemy plan dnia. Uroczyście wręcza go Ines zastrzegając, że wszystko ma trwać idealnie co do minuty.
1. 9:00 - śniadanie
2. 10:00 - 13:00 - zajęcia  przygotowujące - Ines
3. 13:15 - 16:15 - zajęcia przygotowujące - Finnick
 Na samą myśl uśmiecham się pod nosem. Bezkarne 3 godziny z Finnickiem. Może być fajnie. 
4. 16:20 - obiad
 - Punkt siedemnasta jesteście pod opieką stylistów. Oni zrobią z was bóstwa i sprawią, że publiczność was pokocha!
 Rozpromnieniona opusza pokój. Patrzymy na siebie z Tomem.
- To będzie ciekawy dzień.
- I to jak. - mamrotan w odpowiedzi.

 Idę na zajęcia do Ines nie wiedząc co mnie tam czeka. Już na samym progu dostaję niebotycznie wysokie szpilki i niewygodną sukienkę. W dodatku brzydką. Różową jak świńska skóra. Przez 3 godziny uczę się, jak być "czarująca". Oznacza to,  uśmiechanie się, chichotanie jak idiotka i nieustanne podlizywanie się publiczności. Nawet chodzić trzeba czarująco. Gdy pytam się Ines, czemu nie mogę być sobą i zachowywać się normalnie, strofuje mnie za głupie pytania i jeśli chcę mieć dobrych sponsorów to mam robić jak karze. Nie wnikając, cierpię dalej aż do końca zajęć, bo buty są koszmarnie ciasne. Kończymy zajęcia i idę do siebie. Czeka mnie niespodzianka, a mianowicie Finnick, leniwie uśmiechający się z pod ściany. Nie bawiąc się w ceregiele, zrzucam z siebie tę paskudną kieckę i kopię ją z obrzydzeniem w kąt. Butów zdążyłam pozbyć się po drodze.
 -Nie zły początek zajęć.

- Cicho. - prycham.
-Nie wiem czy wiesz, ale już drugi raz od wczoraj rozbierasz się przy mnie do bielizny. - mruczy mi zmysłowo do ucha. Sprawiając, że po moim ciele rozlewa się gorąca lawa.
-Nie pochlebiaj sobie - mruczę obchodząc go. Gdy teraz ja jestem za nim,  staram się by mój głos był równie gorący co obiecujący. - Na to będzie czas po zajęciach.
Uśmiecha się drapieżnie. Siadam na łużku. Moje myśli pochłania jedno. Jutro już będę na arenie. To mój ostatni dzień. Ostatni. Dlaczego nie mogłabym tego zrobić? Kto mi zabroni? On jest mój, ja jestem jego. Dlaczego nie? 
- Będziesz mi się tak przyglądał, czy wreszcie zaczniesz te głupie zajęcia?
- To może najpierw się ubierzesz?
- Nie. Wygodnie mi tak.
- Melissa, proszę. - odrzucam zaczepnie głowę w tył. 
- Czyżby mój widok nie pozwał ci się skupić? - mówię,  idealnie parodiując jego uwodzicielski ton.
- Twoja miłość do siebie nie zna granic, prawda?
- Prawda. My, piękni trybuci z czwórki tak mamy.
 Uśmiecham się, ale biorę pierwsze lepsze rzeczy z szafy. 
 Gdy rozsiadamy się wygodnie, Finnick przechodzi na mentorski ton i zaczyna mówić. Dociera do mnie tylko jego głos, ale słów nie rozróźniam. Generalnie go nie słucham i błądzę myślami w swoim dystrykcie. Chodzę między alejkami rybnego targu, oglądam statki i kutry w porcie. Siedzę na plaży i bawię się gorącym piaskiem, słucham uspokajającego szumu fal. Aportuję psu patyki za domem. Chodzę z łukiem po lesie. Obserwuję ptaki na drzewach. I widzę swoją matkę skupioną na podchodzeniu jelenia. Wtedy jak uczyła mnie polować. "Patrz na wiatr. On może cię zdradzić.", "Stopy stawiaj jak najuważniej.", "Rozglądaj się."
 Przed oczami mam scenę z przed kilku dni przed jej śmiercią. "Jeśli trafisz na igrzyska i będziesz miała problem z zabijaniem, pomyśl o ofierze. I podziękuj im za nią. Podziękuj im za siebie." Potem już nie mogła mówić. I ruszać się. Była bardzo chora. Zawsze wiedziała że tu trafię. I zawsze chciała żebym wygrała. Kiedyś nie rozumiałam jej niepokoju. Dzisiaj już wiem. Bała się mojego poświęcenia. I była świadoma, że mogę chcieć oddać za kogoś życie. 
 Z zamyślenia wyrywa mnie potrząsanie za ramię. 
- Melissa!
- Co?
 Patrzy na mnie zirytowany.
- Nawet nie zauważyłaś, że przestałem mówić 10 minut temu. A ty dalej kiwałaś głową potwierdzając to, czego nie powiedziałem.
 Nagle zabrakło mi języka w gardle.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Tu chodzi o twoje przetrwanie!
- Ale o co ci chodzi?
 Jego oczy płoną, przechodzi mnie dreszcz. Nie wiedziałam go jeszcze w takim stanie.
- O to, że jutro już będziesz na arenie. - warczy. Mój niepokój rośnie. - Ja dobrze wiem, że tobie wisi twoje życie, ale mnie nie.

 Milczę. Nagle dociera do mnie czemu. Bo ma rację. On.. On się o mnie martwi. Ogarnia mnie złość. 
 - Dobrze wiedziałeś co chcę zrobić,  a mimo to jesteś ze mną. Tom ma wrócić cały. Zrozumiałeś? Nie powstrzymasz mnie. - mój głos coraz bardziej zabarwia się groźną nutą - Zrobię, co będę uważała za najlepsze. 
 Zbladł. Zacisnął pięści. Pewnie z bezsilności. Wie, że nie ma nade mną kontroli.
- Nie wierzę w to co słyszę.
- Może pora zacząć? - uśmiecham się złośliwie. Coś mnie zakuło w piersi. On nie może sobie z tym poradzić. Nie może tego zaakceptować. - Ja nie wrócę. - mówię już łagodniej - Nie chcę,  byś cierpiał przeze mnie. - Boże, to najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Nie mogę tego zrobić. Nie mogę. - Może powinniśmy zerwać? 
 Co z tego,  że nigdy nie padło słowo chodzenie. To nie istotne. Wpatruje się we mnie z niedowierzaniem. 
- Słucham? 
 Uśmiecham się  zrezygnowana.
 - Nie powinniśmy być ze sobą. Moja śmierć zaboli cię bardziej, jeśli będzie ci na mnie zależeć.
- Nieprawda.
- Prawda. Potraktuj mnie jak corocznych trybutów. Nie zasługuję na nic więcej. 
 W jego oczach widzę łzy. 
- Zasługujesz i nie..
- Ciiii... Nic nie mów. Niepotrzeba.
 Na jego twarzy maluje się  zagubienie, zdziwienie i żal. Nie widzę wściekłości. Tylko bezsilność i ogromny ból. Bardzo go zraniłam. Nienawidzę się za to. Nie potrafię tego znieść. Poczucie winy kłuje w całym moim ciele. Mam siebie dosyć. Oczy mnie pieką. Nie on nie może zobaczyć jak płaczę. Nie może. Odwracam głowę.
-Przepraszam. - szepczę.

sobota, 8 lutego 2014

                            Rozdział 9


 Rano Finnick wydaje się zaskoczony moją obecnością. Chyba w pozytywnym sensie, ponieważ budzi mnie delikatne głaskanie po policzku. Nie ukrywam, uwielbiam takie pobudki.
 - Miła niespodzianka. - parskam śmiechem.
 - Cała przyjemność po mojej stronie. Odgarniam mu włosy z czoła. Zatrzymałabym tę chwilę na zawsze.
 - Masz już pomysł jak zachwycić organizatorów?
 - Nie. Ale coś pewnie wymyślę. Z drugiej strony oni dają tylko ocenę, a nie uratują mi życia. Znaczy Tomowi.
 - Gadaliście wczoraj. I co z tego wynikło?
 - Nic ciekawego - mamroczę.
 - Aha, czyli słabo. Powiedz mi, co on od ciebie chce?
 - Nie wiem. Zapytaj go.


***

Siedzę i czekam, aż przyjdzie moja kolej. Zastanawia mnie co pokażą inni. No dobra, ja umiem strzelać, to postrzelam, a oni? Ci co nie umieją prawie nic? Jestem z czwórki. Kwalifikują mnie do zawodowców. A ja w ogóle się nim nie czuję. Nie. Ważny jest tylko Tom.
Właśnie na salę wszedł Alex. Zastanawia mnie ten chłopak. Nie wygląda na bezwzględnego zawodowca. Chyba w nim tli się jeszcze troszkę dobra. Ale mogę się cholernie mylić.
 Potem poszło szybko. Ned, dziewczynka z trójki. Tom już ma iść, ale łapię go za rękę i szeptam: powodzenia. Kiwa głową i wychodzi.  Dziwne, że nie zareagował. 

 Moja kolej. Na dużym balkonie stoją, siedzą i przechadzają się organizatorzy. Po sali rozlega się głos, mówiący mi, że mam kilka minut. Biorę łuk i głęboki oddech. Zastanawiam się chwilę nad taktyką, ale uznaję, że im jest wszystko jedno. Przeszywam kolejno wszystkie kukły, jakie są na tej sali, ale najwyraźniej nie robi to zbyt dużo wrażenia. Nagle nadchodzi mnie dziki pomysł. Drę szmaty, które właściwie nie wiem skąd tu się wzięły i uważnie owijam nimi groty pięciu najdłuższych strzał. Rozpalam mini ognisko. Podpalam pierwszą strzałę i uważnie mierzę, by nie poparzyć ręki. Szmatka zajęła się błyskawicznie. Kątem oka spoglądam na organizatorów. Część jest podniecona i zaciekawiona, a nie którzy są oburzeni. Na ich twarze ciśnęło się pytanie - co ona chce zrobić?! Lekko podniecona, uśmiecham się kącikiem ust, w moich oczach zapala się płomień. Zamierzam wam zrobić mały pokaz ogni. I to bynajmniej nie sztucznych. Strzelam najszybciej jak mogę. Wszystkie pięć materiałowych manekinów zajęło się jak pochodnie w mniej niż minutę. Zadowolona z siebie, rozrzucam butem ognisko i odwieszam łuk i kołczan oraz ukłaniam się organizatorom z bardzo brzydkim uśmiechem. Oniemieli z wrażenia. Wychodzę bez oglądania. Wiem, że moje pochodnie dalej płoną.

***

 Z jakiś przyczyn technicznych wywiady zostają przełożone z dzisiaj na jutro. Mi to bardzo pasuje, bo będę miała więcej czasu dla siebie. Po obiedzie, wychodzę na taras z dzbankiem mrożonej herbaty i książką. Mamy strasznie upalne lato. Wyciągam nogi na leżaku i kompletnie zatracam się w lekturze. Prawie nikt mnie nie zaczepia aż do zachodu słońca. Prawie. Raz wpadła zdyszana Ines, oznajmiając, iż mam iść na przymiarkę strojów. Jakoś przekonałam ją, że Tess to świetna stylistka, ufam jej i na pewno da sobie radę. Najwidoczniej uspokoiłam ją. Z nudów postanawiam wziąć kąpiel. Leżąc w wannie, zastanawiam się, co jeszcze mogę dzisiaj zrobić. Może spróbuję zacieśnić mój sojusz z Tomem? Albo pójdę do Finnicka, by nacieszyć się naszymi ostatnimi dniami. 
 Ostatnie dni... Na samą myśl kłuje mnie serce i robi mi się ciemno przed oczami. To jest nie sprawiedliwe! Kiedy wreszcie znalazłam sens życia, oni mi go zabierają!
 Ale w moim przypadku śmierć też ma sens. Bo jeśli zginę, to tylko za Toma i to nie ulega żadnej wątpliwości. Jestem mu to winna. Nigdy bym sobie nie wybaczyła jego śmierci. Zastanawiam się, czy on też tak o mnie myśli. Czy mu jeszcze zależy? Odpycham od siebie te myśli. Nie obchodzą mnie. Mam Finnicka. To Finnick mnie wesprze. Mam cichą nadzieję, że znajdą się sponsorzy. Bez ich pomocy może być bardzo ciężko. 
 Słyszę pukanie.
 - Melissa? Jesteś tu? Rozpoznaję głos Finnicka. 
 - Tak! Daj mi pięć minut!
 Z  ociąganiem opuszczam wannę. Gdy wycieram się ręcznikiem, uświadamiam sobie, że nie mam ze sobą ubrań prócz belizny. Uśmiecham się gorzko do odbicia w lustrze. Zmieniłam się przez te lata. Jestem wysoka i mam zgrabne ciało. Włosy sięgają mi do połowy ramion i są proste jak druty. Najczęściej noszę je w warkoczu oraz koku, bo mi wtedy nie przeszkadzają. Moja duma. Dzisiaj postanawiam ich nie ruszać. 
 Ubieram się w to co mam, czyli bieliznę i wzdycham. Zawsze mogłam nie mieć niczego. Sięgam do klamki. Na łużku siedzi Finnick. Gdy na mnie spogląda, szybko odwraca wzrok. Nie wiem czemu czuję satysfakcję.
- Co? Zawstydzony? - specjalnie przeciągam sylaby, z drwiącym uśmieszkiem. Podchodzę do szafy, uwodzicielsko kołysząc biodrami i wybieram jakieś ciemne spodnie i bluzkę. 
- No więc po co przyszedłeś? - mówię wciągając spodnie.
- Hmm.. Głównie to posiedzieć i miło spędzić czas. Możemy w coś zagrać. - całuję go w policzek. 
- Zagrać? Serio? - prostuję się. 
- No. A co masz do roboty? 
- W sumie to nic. Jaka ta gra? 
- Na przykład pytania. Zadaję ci pytanie, a ty musisz mi odpowiedzieć. Szczerze. I potem zmiana.
- Okey. Zaczynaj. 
 Zadajemy sobie wiele  bezsensownych pytań, ale zdarzają się też całkiem poważne i trudne. Dzięki tej idiotycznej grze dowiaduję się, że jego ulubionym kolorem jest morski, kocha pływać i uwielbia śpiew ptaków.
- Kim dla ciebie naprawde jest Tom? 
 Zatkało mnie. Spoglądam na niego poważnie. Staram się oddychać spokojnie. Gdy zaczynam mówić, zalewa nas potok moich słów. 
- Obrońcą. Skałą. Podporą. Bratem. Ojcem. Wrogiem. Sojusznikiem. Byłą miłością. Nienawiścią. Wolnością. Dzieciństwem. Zapomnieniem. 
- Przyjacielem...- dodaję cicho. A potem zbiera mi się na płacz. 
- Finnick, co mam zrobić jak będzie chciał mnie zabić? Co? - łzy płyną mi po policzkach - Jak się na mnie rzuci, jak mam się bronić? 
- Jak najlepiej potrafisz. - otula mnie ramieniem. - I pamiętaj. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wachaj się. 
-Mam to traktować jako radę mentora? 
- Tak. Ale nie tylko.

 Wieczorem, gdy leżymy w swoich objęciach w uszach, aż do zaśnięcia, słyszę tylko jedno. 

 Nie wachaj się. 

sobota, 18 stycznia 2014

                                          Rozdział 8


 Przy śniadaniu ostatnim zwyczajem jest dość cicho. Mam na myśli mnie i chłopców, bo Ines trajkocze niemiłosiernie. Zresztą jak zwykle. Tom udaje, że najbardziej interesuje go jego talerz. Ale gdy sięgam po coś i przypadkiem dotykam dłoni Finnicka, zauważam jego brzydkie spojrzenie. Cóż za zazdrość.
 Zgodnie z zaleceniami mentora, idę pobawić się trochę bronią. Tata kiedyś powiedział: jeśli masz coś zrobić słabo, nie rób tego. Jeśli już musisz lub bardzo chcesz, zrób to tak, by wszystkim szczęki opadły.
 Idę do stoiska z łukami. Podchodzi do mnie instruktor ofiarując pomoc, ale ja mu dziękuję i oświadczam, iż sobie poradzę. Po jego minie wywnioskowałam, że nie bardzo mi wierzy. Próbuje kilka z nich i wybieram lekki ale z pozoru dość mocny. Ma czarne subtelne ramiona, a gryf miedziany. Istne cudo. Nakładam kołczan i biorę na cel pierwszą kukłę. Mierzę w dziesiątkę. Trafiam cal wyżej. Spodziewałam się, że jest mocny ale że aż tak? Nie czuć tego po naciągu.  Rozstawiam szerzej nogi i naciągam cięciwę do policzka. Idealnie. W sam środeczek. Gdy docieram do ostatniej czyli 4 kukły, zaczyna mi się to nudzić. Pytam instruktora, czy mógłby to urozmaicić. Odpowiada uśmiechem i wyciąga coś z pod stolika. To pilot. Naciska guzik i kukły zaczynają się ruszać. Proste. Naciągam cięciwę spokojnie do policzka i wodzę grotem za celem i bezbłędnie trafiam w każdą. Postanawiam zrobić małą demonstrację i pozrywać linki, na których wiszą manekiny. Zostały mi 4 strzały. Nie mogę nie trafić. Napinam łuk i wstrzymuję oddech. Syknęły lotki. Pach! Upadł pierwszy. Oddech. Strzała. Cel. Pach! Drugi. Wydech. Naciąg, syk, pach! Wdech. Wydech. Ostatnia strzała. Zwiększam rozkrok i biorę poprawkę. Syk i głuche łupnięcie manekina o ziemię rozlega sie po sali. Tak się pochłonęłam strzelaniem, że nie zauważyłam jednego. Każdy ale to każdy mnie obserwuje. Nawet Tom, który nie raz mnie widział w akcji. Ale to było dawno. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nie wie,  że po naszej kłotni wzięłam łuk, plecak i wyprowadziłam się na kilka dni do lasu. A najbardziej nie podoba mi się to, jak patrzą na mnie zawodowcy. Niektórzy z zazdrością, a niektórzy z podziwem zmieszanym z nienawiścią. Chyba trochę przesadziłam. Te biedne dzieci, wyglądają na przerażone. W sumie, to bardzo dobrze.
 Podchodzi do mnie Ned i mówi żebym się pochyliła. Zdziwiona wykonuję polecenie. Dotyka palcem mojego podbródka w miejscu, gdzie dociągam strzały.
 - Tylko jeden ślad. Niesamowite. - Mówi zamyślony. Nie ukrywam, ale technikę mam opanowaną. 
 Gdy jemy wspólny obiad z Tomem i innymi trybutami, podchodzą do nas zawodowcy. Moją uwagę przykuwa chłopak z ciemnymi włosami i wręcz czarnymi oczami. Wygląda jak półbóg. Z twarzy, z mięśni i z postawy. 
 - Hej, jestem Donna, a to Meryl, Till i Alex. - Alex, myślę,  imię również ma boskie - Nie źle strzelałaś tam na sali. Może chciałabyś do nas dołączyć?
 Oczywiście, że nie. Ale postanawiam chwilę pograć. Od tak, by uprzyjemnić sobie dzień.
 - Chcecie mnie nawet jeśli nie znacie mojego imienia? -uśmiecham się krzywo patrząc im pokolei w oczy. Alexowi poświęcam najwięcej uwagi. - Melissa jestem.
 Patrzą po sobie lekko zdezorientowani. Głowę na karku wydaje się mieć tylko ta z 2, Donna.
 - Dobrze więc, Melissa czy masz ochotę na sojusz?
 - Nie, nie mam. - mówię lodowato - zabierajcie się z tąd.
 - Pożałujesz tego. - syczy - Policzymy się na arenie.
 - Dobrze,  - odpowiadam obojętnie - do zobaczenia.
 Odchodzą, a Tom kręci głową.
 - Aj, mogłaś ich nie drażnić.
 - Mogłam, ale nie chciałam. Uśmiecham się zadowolona i biorę go za rękę. Zawsze przy dotyku jego skóry, czuję elektryzujący dreszcz. Taki jak teraz. Zaciągam go do sali i zaczynam udawać że robię spławiki na ryby. Tom idzie moim śladem. W końcu zbieram się na odwagę. A dukam tak, jakbym zamiast języka miała kołek. 
 - Słuchaj, ja wiem, że między nami bywało różnie... Chcę.. Chcę,  by nasza przyjaźń przetrwała. Mimo wszystko. Bo my nie wyjdziemy z tego cało. Albo ty.. albo ja. Albo nikt.. Chcę by chociaż jedno z nas przeżyło... Postaramy się sobie pomóc. 
 - Dobrze.. - odpowiada cicho. 
 Nie zważając na ciekawskie spojrzenia, przytulam się do niego mocno. On też mnie obejmuje. Nabieram poczucia,  że wszystko się jakoś ułoży. Jest mi lepiej. O wiele.
 Potem kończymy swoje misterne haczyki. Nakłaniam Toma, żeby teraz on zaprezentował swoje umiejętności rzucania nożami. No nie zrobił takiej furrory jak ja, ale też poskutkowało. Urośliśmy do rangi zawodowców. Możemy mieć pewność, że trybuci trzy razy się zastanowią, zanim nas zaatakują. Potem troszkę ćwiczę z trójzębem. Jednak nie bardzo mi to wychodzi. Z nożami i oszczepami radzę sobie lepiej. Leczyć też potrafię. Trochę się znam na roślinach. Pamiętam, od małego mama uczyła mnie większości z tych rzeczy. Tak wiem dziwne. Uczyła mnie przetrwania. Była nietypową matką. Umiała świetnie walczyć i polować. Bez problemu wymykała się po za ogrodzenie. Po jej śmierci, ojciec wszystko sprzedał. Cały arsenał. Ostał się jeden zakamuflowany łuk na strychu. Znalazłam go przez przypadek. I uczyłam się. I oto efekt. Mało mam sobie równych. Tak skromnie dorzucę.
 Przy łukach widzę Neda, który nie zdarnie próbuje trafić w zawieszone już kukły. Gdy celuje, nachylam się nad nim. Poprawiam postawę, prostuję mu rękę i naciągam cięciwę do jego policzka. Lekko przechylam łuk, bo strzała mu spada.
 - Teraz spróbuj.
 Lekko skołowany mierzy długo. Trafia troszkę po za koło.
 - Nie źle, jedziesz dalej.
 Idę do stanowiska z mieczami. Wybieram lekki i jedno ręczny. Przede mną stoi instruktor w ochraniaczach. Również ma miecz.
 - No dawaj, atakuj. Po takim łuczniczym występie wielcem ciekaw, jak radzisz sobie w walce wręcz. 
 Zastanawiam się chwilę. Dawno nie miałam miecza w ręku. Robię trzy kroki i tnę na odlew przez pierś. Unika. Uwijam się jak oszalała. Rzucam ciosy, ale on ciągle paruje. Gdy leżę powalona na ziemi, coś mi się przypomina. Mama pokazała mi kiedyś pewien krok. Wstaję i przerzucam ciężar na prawą nogę, znowu sieczę powietrze. Odwracam się w szybkim piruecie i tym razem trafiam pod pachę.  Dziękujemy sobie za walkę, gdyż rozbrzmiewa gong. Sala pustoszeje w trymiga. Biorę Toma pod rękę i zaciągam do windy. Tym razem kolacja jest z mentorem i opiekunką. Czemu?  Nie wiem. W każdym razie, atmosfera przy stole jest lepsza niż przy śniadaniu. Całkiem zadowolona z obrotu spraw z Tomem, mam lepszy nastrój. Niech się dzieje co chce, myślę, przytulając Finnicka na powitanie. Po kolacji, zamiast iść, w sumie tradycyjnie, do Finnicka, idę do Toma. Chcę z nim pogadać o dość delikatnych sprawach. Gdy wreszcie kładę się na jego łóżku czuję,  że jestem kompletnie wyczerpana.
 - Wiesz co Tom, zdziwiło mnie, że masz coś przeciwko temu, że jestem z Finnickiem. Przecież powiedziałeś, że zapominamy o tamtym. - Ajajaj, chyba trochę przesadziłam. Znowu.
 - Dziwisz się? Było.. Jest mi przyko, że jak mnie odrzucałaś, to powiedziałaś że nie jesteś gotowa na związek, a tu proszę bardzo, mamy takiego Finnicka i który już po dniu znajomości, spędza z tobą całą noc. Ja tego nie rozumiem. Wytłumacz mi o co tu, do cholery chodzi.
 Biorę głęboki oddech. O wiele łatwiej byłoby stanąć do walki z zawodowcami.
 - No nie do końca wiem, jak ci to wyjaśnić.. Wystarczy jak powiem, że to przedziwny splot małych, ale znaczących zdarzeń? 
 - Nie, nie wystarczy. - Wzdycham zmęczona. Ten człowiek, nigdy odpuści. 
 - Wolisz wersję długą, krótką, czy bardzo krótką?
 - Prawdziwą. 
 - Tom. - warczę.
 - No dobra, najkrótszą. 
 - Uratował mi kiedyś życie. Wyłowił mnie z morza. Wtedy co wiesz.. 
 - Wiem.
 - Podobno zawsze na mnie czekał. Nie wiem jak to się stało. Ale jesteśmy razem. I może to cię zaboli. Cóż, jestem z nim szczęśliwa. 
 - Cieszę się twoim szczęściem. 
 - Naprawdę? - Nie odpowiada. Za to jego wzrok jest bardzo wymowny. Mówiąc dobitnej, nie cieszy się.
 - I dasz radę to znieść? Bo zastanawiam się, czy nie będę pierwszą osobą, którą zabijesz na arenie.
 - Mógłbym zapytać o to samo.
 Ał, zabolało.
 - Nigdy nie chciałam twojej śmierci. I nie chcę. Mimo wszystko.
 - Mimo wszystko. - powtarza z uśmiechem, który mało ma wspólnego z wesołością. - Ja też jej nie chcę. I wiesz co, zróbmy tak, jak mówisz. Zapomnijmy. Na arenie myślę, wszyscy o wszystkim zapomnimy. Nawet o tym, że jesteśmy ludźmi, a nie tylko drapieżnikami i ofiarami. A teraz idź spać. Jutro pokazówy dla organizatorów i wywiady. Będzie trzeba się uśmiechać. Czyli to, co lubisz najbardziej.
 Nienawidzę tego. Nienawidzę udawać. Gdy już jestem przy drzwiach słyszę Toma.
 - Dobranoc Melissa.
 - Dobranoc Tom.
 Myjąc się, uznaję że pójdę do Finnicka. Potem, już w piżamie, pukam, ale nikt mi nie otwiera. Może śpi? Uchylam drzwi. Tak, leży już w łóżku. Postanawiam się przyłączyć. Ach.. Jest strasznie późno. 



-------------------------------------
Oczywiścię proszę o komentarze, oceny, aluzje, chcę znać wasze zdanie i co myślicie,

ogólem piszcie ;)




piątek, 10 stycznia 2014

                             Rozdział 7





Tłumaczę już mu to wszystko bite pół godziny ale dalej kręci głową i nie rozumie. Mimo że ciągle jestem wściekła na Toma, dalej chcę go ocalić. Opowiedziałam Finnick'owi o wyznaniu miłości Toma do mnie. O naszych wspólnych latach przyjaźni. O tym, jak pomagał znieść te wszystkie okropne dni po śmieci mojej matki. To jakby troszkę rozjaśniło mu umysł. Ale nie bardzo.
 - Po tym, co ci dzisiaj powiedział, ja miałbym duże wątpliwości co do jego uczuć. Teraz jest chyba bardziej zły niż zakochany...
 -Niby racja. Ale i tak chcę, żeby przeżył. Nie wiem czemu. Czuję taki obowiązek.
 - Ja też taki czuję. -mamrocze pod nosem.
 - Oh Finnick... Nie wiem co mam robić. A jeśli nie będzie chciał sojuszu? Mam go pilnować incognito? Siedząc na gałęzi?
 - To chyba nie jest najlepszy pomysł.. 
 Nagle światełko zapala się w tunelu.
 - A co jeśli byśmy udawali, że pokłóciliśmy się na dobre? Może by się odbraził?
 - Nie bądź śmieszna. Nie nabrały się tak łatwo?
 - Nie wiem. Chyba chodzi mu o to, że my jesteśmy razem. 
 Milczy, a po chwili uśmiecha się krzywo.
 - Jak chcesz już tak pojechać po bandzie, to udaj, że chcesz z nim być. - patrzę na niego zaskoczona. Finnick zgodziłby się na coś takiego? A może to był sarkazm?
 - Żartujesz sobie ze mnie? Że niby mam do niego podejść i powiedzieć: hej Tom, słuchaj taka sprawa, jednak mi się podobasz. Finnick to przeszłość. Chcę z tobą być do końca życia, które mi zostało?
 - No może nie tak dosadnie.
 - I ty będziesz mógł na to tak spokojnie patrzeć. - zbliżam twarz do jego twarzy i tuż przy uchu szepczę - Ciekawe...
 Na szyi czuję jego gorący oddech, a potem usta. Równie gorące. Pocałunkami wędrują w górę, do ucha. I tam się odsuwają.
 - Nie będę mógł. Chciałbym, żebyś wygrała. Nawet nie wiesz, jaki mam z tym problem. Ale wiem co czujesz. Bo.. - zawachał się - Bo my znaliśmy się jeszcze wcześniej.
 - Jakim cudem, możesz mi powiedzieć?
 - Zanim wygrałem, pracowałem w porcie. - chyba zapowiada się na długą historię. Pakuję mu się na kolana i wtulam w ramię. No, wreszcie mogę słuchać. - W naszej rodzinie było ciężko. Dorabiałem sobie. Pamiętam od małego przychodziłaś z mamą do portu. A gdy umarła, przychodziłaś sama po ryby. Po łososia, którego chciałem spróbować ale nie było na niego pieniędzy. Zawsze patrzyłem na ciebie. Najpierw z zazdrością, a potem z podziwem. Przychodziłaś tylko raz w tygodniu. W piątki. Pamiętam jak dziś.
 Wydaje mi się, że już nic nie powie. Wydawało mi się.
 -Wyróżniałaś się. Nie nosiłaś krótkich sukienek, wstążeczek i kwiatuszków. Zawsze ciemne kolory, później już ciężkie buty, skórzane kurtki i spodnie. Wszyscy patrzyli na ciebie jak na intruza. Nie którzy mówili, że to przez to, że życie cię nie rozpieszczało. Mnie to nie obchodziło. Byłem zafascynowany. Tobą, twoim sposobem bycia, zaradnością, siłą. Tym, że potrafiłaś być inna. Wstydziłem się zwrócić na siebie twoją uwagę.
 -Mogłeś mieć wiele dziewczyn.
 -I miałem. Ale nie były tobą. Po tym jak wróciłem z igrzysk, zacząłem to bardziej doceniać. Mogłem mieć każdą. Ale nie chciałem.
 Jest mi tak cholernie głupio. Najpierw był dla mnie tylko "tym" Finnickiem Odairem, ciachem, które każda chciała schrupać. Teraz czuję, że wkradł mi się do serca. I chyba szybko nie wyjdzie.
 -Po co mi to mówisz?
 -Dobrze wiesz czemu. Jeśli zginiesz, ja już nie znajdę tu miejsca. Ale mnie nie będzie miał kto uratować.
 Nie wiem co powiedzieć. Na to nie ma dobrej odpowiedzi, więc tylko przytulam się do niego mocniej. On też mnie obejmuje. Jestem rozdarta. Nie długo trafię na arenę. Tam będę musiała podjąć decyzję. Nie wyobrażam sobie życia bez Toma. Z drugiej strony moim największym marzeniem, jest wrócić do Finnicka.
 Nie wiem ile tak siedzimy. Wiem, że robi się późno. Nie obchodzi mnie to. Jest mi tak dobrze, że nie mam ochoty się ruszać.
 - Melissa idziemy spać?
 - Dzisaj też u mnie?
 - No dobra. To chodźmy. Z trudem wstaję. Idąc przez korytarz czuję,  że na dobre popsuł mi się humor. Myję się dość szybko, bo strasznie chce mi się spać. Gdy wreszcie zanurzam się w miękkiej pościeli, mam wrażenie, że nie wstanę z niej nigdy. Oczywiście mi się coś przypomina.
 - To co robimy z Tomem?
 - Co uważasz. Moje zdanie już znasz.
 - Jak zawsze pomocny. - burczę pod nosem.
 - I jak zawsze do usług. - zauważa, że nie bawi mnie to co mówi - Ej, co jest? 
 - Nic. Chyba podjęłam decyzję.
 - To dobrze.
 - Nie jesteś ciekawy?
 - Nie. Bo wiem że jest słuszna.
 Ocalę Toma. A jeśli zginie, to ja wygram. Innej opcji nie ma.
 - Dobranoc Melissa.
 - Dobranoc. Finnick.


***

 Gdy się budzę jest bardzo wcześnie. Nigdzie nie słychać Ines, za to Finnick... Finnick jest przeuroczy jak śpi. Nie mogę się oprzeć i dotykam jego twarzy. Lekko uśmiecha się przez sen. Ma piękne dołeczki na policzkach. Przesuwam po nich palcami. Potem po brwiach, czole i włosach. Otwiera oczy, a ja szybko cofam rękę zawstydzona. Czuję jakby ktoś mnie przyłapał.
 -Zostały nam dwa dni. I tak je zamierzasz wykorzystać?
 -Pomiędzy innymi- mówię nachylając się. Już mam go pocałować w usta ale w osatniej chwili, całuję go w nos.
 - I nic więcej nie dostanę?
 - Co najwyżej kopa.
 - Zaraz się przekonamy. - uśmiecha i się po szelmowsku i zaczyna mnie łaskotać. Mam okropne łaskotki. Zawijam się śmiejąc i próbując go zepchnąć z moich nóg. 

 - Ej, złaź ze mnie! 
 - Nie mów,  że ci się nie podoba. Mi, bardzo! 
 Łapię go za nadgarstki i z całej siły zrzucam go z siebie i przygwożdżam do łóżka. Gdy siadam okrakiem na nim, uśmiecham się triumfalnie.
 - A teraz też ci się podoba? 
 - Nawet bardzo. 
 - Hah, śmieszny jesteś. Złażę z niego i sięgam po strój treningowy. Ubieram się i jeszcze na chwilę kładę się na łóżku. Nie długo muszę zmierzyć się z Tomem. 
 No to igrzyska uważam za otwarte.

-------------------------

Tak, rozdział nudny wiem ale nie długo rozpoczną się igrzyska i będzie się działo :3 oczywiście zachęcam do komentowania i macie jakiś pomysł co Toma? :3 




wtorek, 31 grudnia 2013

                                              Rozdział 6



  Jego pokój, jest prawie taki sam jak mój. No może oprócz tego, że u mnie nie ma stolika, krzeseł i gigantycznego jacuzzi. Wiedziałam, że ma lepiej od nas ale że aż tak?
 -Nie zły pokoik, Finn.
 -Dzięki.
 Słyszę jak coś strzela.
 -Może wina?
 -Nie, może nie dzisiaj.
 Nalewa sobie lampkę i opiera się o szafkę. Podchodzę do biblioteczki i ze smutkiem zauważam, że wszystkie książki są identyczne jak te, które mam w pokoju. Mimo chodem, przeglądam kilka okładek.
 -No więc co, chciałeś mi powiedzieć?
 -Dobranoc? 
Parskam śmiechem.
 -A coś po za tym?
 -Tak. - Unoszę pytająco brwi. - Wygraj dla mnie. Ja wiem, że potrafisz.
 -Finnick - zaczynam - proszę mówiłam ci już, że..
 -Wiem. - przerywa mi - ale obiecaj. Jeśli on zginie, to postarasz się?
 -Ja nie wiem..
 -Tak, czy nie?
 -Tak.
 -Ekstra. O to chodziło.
 Zagryzam wargę i zastanawiam się nad jego tokiem myślenia. Dlaczego mu na tym zależy? Ok, może mu się podobam ale zawsze może sobie znaleźć inną. Nie jestem jakaś wyjątkowa.
 Nagle czuję, że Finnick obejmuje mnie z tyłu. Jest taki ciepły.
 -Hej, uda ci się. - szepta mi do ucha - Jesteś silna, inteligentna. Dasz radę.
 Nie przychodzi mi nic mądrego na myśl, więc szepczę tylko.
 -Boję się.
 -Ja też.
Otwracam się na pięcie.
 -Naprawdę? Przecież, to ja trafiam na arenę.
 -No właśnie.
Czuję, że zaraz się rozsypię. Znowu, jakaś niewidzialna siła mnie do tego pcha. Wspinam się na palce i całuję Finnicka. Jego usta, to antidotum na moje nerwy. Jestem sfrustrowana, mam problemy. Tylko w jego ramionach, mogę o tym wszystkim zapomnieć.
 -Jestem zmęczona, wiesz? 

Mówię, gdy wreszcie odrywam się od niego.
 -Tak? A jak bardzo?
 -Bardzo.

 Zupełnie nie spodziewanie, łapie mnie za nogi, przerzuca mnie sobie przez ramię i wierzgającą zanosi do mojego pokoju. Gdy kładzie mnie na łóżku, zastanawiam się, czy nie mógłby tu zostać. Nie chcę spać sama. Zawsze z kimś śpię, choćby z psem. Zbieram się na odwagę dopiero, gdy już ma wyjść.
 -Finnick, czekaj! Zostaniesz ze mną?
 -Słuchaj, ja nie wiem, czy to jest dobry pomysł byśmy.. Wiesz.
 -Tylko zostań. - Mówię szybko czerwieniejąc.
 -Dobrze.
 Pakuje się obok mnie i otacza ramieniem. Wtulam się w niego jak najbardziej, wreszcie mając chwilę do odpoczynku. Jestem zmęczona nieziemsko ale jedna sprawa, nie daje mi spokojnie zasnąć. Odwracam się twarzą do niego.
 -Powiedz mi, dlaczego ja?
 -Nie wiem. Bo jesteś wyjątkowa?  Przyglądam mu się uważnie. On coś ukrywa.
 -Nie widzisz mnie pierwszy raz, prawda? - Zastanawia się chwile.
 -Prawda. - nie poganiam go, bo wiem, że rozwinie myśl - Pamiętasz ten dzień, kiedy prawie utonęłaś? - Pamiętam, chciałam się zabić po tym, jak umarła moja matka.
 -To byłeś ty? Ten trzynastoletni chłopiec, który wyłowił biedną, roztrzęsioną dziewczynkę? I nic nie mówiąc odszedł?

- Tak.. - Teraz do mnie dociera.
-Uratowałeś mi życie i chcesz zrobić to jeszcze raz - Głaszczę jego policzek. - Ale to nie możliwe. Wiesz o tym. Mam u ciebie dług. Nie mam pojęcia, jak go spłacić. Co mogę dla ciebie zrobić?
 -Poprostu bądź. - nachyla się nade mną i odciska delikatny pocałunek.  -Postaram się - mruczę i przyciągam go bliżej. Gdy robi się naprawdę gorąco i czuję, że mam ochotę zedrzeć z niego ubranie, Finnick odsuwa się z chytrym uśmieszkiem.
 -Nie dzisiaj. Nie długo musisz wstać. - Jakby nigdy nic, opada na poduszkę obok i zasypia. Dlaczego przestał?! Nie mam siły myśleć. Sen przezwycięża. Ja również zamykam oczy. Śni mi się piękny sen.


                            ***

 Rano, znowu budzi mnie walenie do drzwi. Zaraz przyjdę, krzyczę, co najwidoczniej uspokaja natrętnego pukacza i idzie sobie. Finnick też już nie śpi. 
 - Dzień dobry, Mel. Jak się spało?
 - Wręcz doskonale. Idziemy na śniadanie? 
 - No, jestem głodny jak wilk. Zchodzę z łóżka i zastanawiam się, czy mogę się przy nim przebrać. Dochodzę do wniosku, że jest mi wszystko jedno.
 -Idę się ubrać.
 -Okey. Ej, Finnick! Nie mówmy nic nikomu, dobrze? A zwłaszcza Tomowi.
 Patrzy na mnie z lekkim zawodem.
 -N
ie chcę go dołować przed igrzyskami. - najwidoczniej mnie nie rozumie, więc dodaję - Finnick, on mnie dalej kocha. Jeśli się o nas dowie, to się załamie. Po za tym, tak łatwiej będzie mi go bronić. Potem opowiem ci o wszystkim. Idź, spotkamy się na dole.
 Bez słowa wychodzi, a ja opadam na łóżko. Chyba dobrze postąpiłam. Tom niczego nie może wiedzieć. Nie wiem, jak mógłby zareagować. Albo by chciał żebym wygrała albo by mnie znienawidził i chciał zabić. W to raczej wątpię. Jednak wolę nie próbować. 

Atmosfera przy stole jest drętwa i nie mrawa. Na ćwiczeniach utrwalałam sobie wszystko to, czego się tu nauczyłam. Broni nie dotknęłam. Cały dzień przegadałam z tym uroczym chłopcem z 3, Nedem. Tom, który nie odstępował mnie na krok, czasem wtrącił jakieś zdanie, a po za tym, był mrukliwy i małomówny. Coś jest nie tak. Może dowiedział się? 
 Pod koniec ćwiczeń z utęsknieniem spoglądam na łuki i strzelnicę. Ale jak Finnick powiedział, żeby nie ruszać, to nie ruszam. Widzę, że Tom również tak patrzy na noże. Uśmiecham się i mówię do niego.
 - Jutro, nie dzisiaj. Kiwa głową i idziemy do windy, ponieważ rozległ sie komunikat, że mamy opuścić salę. Znowu z Tomem pochłaniamy wielką kolację. Postanawiam oderwać się od wyśmienitych żeberek i zagadać, co go gryzie. W odpowiedzi słyszę, że nic. Jak zwykle. Postanawiam walić prosto z mostu. 
 - Wiesz o mnie i o Finnicku. Nie pytam się jak, tylko czy jesteś w stanie mi to wybaczyć?
 Patrzy na mnie jakbym była jakimś potworem.
 - Nie wiem - i smętnie przerzuca warzywa na talerzu.
 - Tom, wiesz, że nie chciałam cię zranić. Jesteś dla mnie najważniejszy.
 - Tak ważny jak Finnick? - odpiera zjadliwie. Rozzłościł mnie na dobre.
 - Tak! - zrywam się z krzesła - Chciałam cię przeprosić ale jak nie chcesz, to nie będę cię zmuszać! - odwracam się tyłem do niego.
 - I co teraz zrobisz? Dzisaj prześpisz się ze mną? I będzie wszystko okey? To, wyobraź sobie, wszystkiego nie załatwi.
 - Nie przespałam się z nim.
 Jeśli tak myślisz, to kompletnie mnie nie znasz.
 -Czego ja nie mam, co on ma? - słyszę, że ledwo panuje nad głosem. 
 - Rozumie mnie. Wspiera. Ty myślisz tylko o sobie, a nie o tym co ja czuję! 
 Nie jestem w stanie tego znieść. Wybiegam z pokoju i kieruję się do jedynych drzwi. Do Finnicka. Pukam. Gdy mi otwiera, rzucam mu się w ramiona i  zaczynam płakać. Nie pyta o co chodzi. Bez słowa przytula i wskazuje krzesło. Siadam i ocieram łzy. Patrzę tępo w podłogę. Czuję, że znowu ogarnia mnie złość.
 - Co się dzieje, Melissa? 
Spoglądam na sufit, a potem na  Finnicka. Z gardła wyrywa mi się  warknięcie.

- Mam pewien plan. 

-----------------------------------------------
Ja wiem, długo nic nie było ale tada!! Oto jest :3 

sobota, 14 grudnia 2013

                                                 Rozdział 5


 Rano budzi mnie pukanie do drzwi. Przepraszam, walenie. Zwlekam się z łóżka i otwieram trochę poirytowana. Przede mną stoi Ines w krótkiej, turkusowej spódniczce. Oczywiście pozytywnie naładowana.
-No nareszcie! Za pół godziny jesteś na dole umyta i przebrana! Bez spóźnień!
  I truchta w stronę innych pokoi. Jak ona daje radę cały czas chodzić w szpilkach? Co chwila wzdychając, myję się i doprowadzam do pożądku. Dziwne, że nie mam kaca. Najwyraźniej mam twardą głowę po ojcu. Uśmiecham się ponuro do siebie, wkładając legginsy i bluzkę na ramiączka. Co ja tam będę robić?
 Schodzę na dół. Najwidoczniej jestem przed czasem, bo nikogo jeszcze nie ma. Za to, stół jest zastawiony. Poczekałabym, gdyby jajecznica tak nie pachniała. Zajmuję miejsce przy stole. Usługuje mi awoks z brązowymi włosami. Gestami sugeruje mi kolejne potrawy. W między czasie, pojawiają się Ines, Tom i Finnick. Mentor rozśmiesza mnie do łez, gdy opowiada zabawną anegdotkę o tym, jak żółw morski ukradł mu kapelusz, a Ines oświadcza z przejęciem, iż słyszała o tym, że żółwie potrafią być bardzo złośliwe.

-Dobra, żarty na bok. - oświadcza Finnick - A teraz mnie posłuchajcie. Idziecie na trening. Nauczcie się najpotrzebniejszych rzeczy do przeżycia. Dopiero drugiego lub ostatniego dnia weźcie się za broń. Jasne? - Zgodnie z Tomem kiwamy głowami. - Świetnie. Co potraficie?
-Ja umiem rzucać nożami.
-Ba, nie masz w tym równych, Tom - mówię - Trafiasz celnie na 20 metrów.
 Finnick unosi brwi z niedowierzaniem i pakuje mini pomidorka do ust.
-Taak? To tylko na twoją korzyść. A ty, Melissa?
-Eee, moją bronią jest łuk. Znalazłam jeden na strychu.. Kiedyś.. A potem sama się uczyłam. Wiedziałam, że tu trafię. - Mruczę, marszcząc brwi. - Chciałam coś mieć w zanadrzu. Chyba nie jest źle. Wspinam się po drzewach, potrafię wiele rzeczy sama zrobić.. Może mi się uda..
 ocalić Toma, dodaję w myślach. Tom spogląda na mnie bystro. Pewnie wie, co zamierzam. Ale nie przyznaje sie. Za to Finnick, posyła mi pełne cierpienia spojżenie. Trwa tylko sekundę ale wystarcza, bym je wyłapała.
-No czas bierzy. -Ines wstaje- Idźcie. Piętro minus 6.  Do zobaczenia później. Odprowadza nas do windy. Gdy drzwi się zamykają, oddycham z ulgą.

 -Co jest Melissa? Boisz się?
 - Od razu boisz. Można powiedzieć, że jestem trochę zfiksowana.

Odpowiadam bo to prawda. Czuję się tu jak w klatce. Nie chodzi o windę. Myślę o tym całym kapitolu. Tęsknię za morzem. Chciałabym jeszcze je kiedyś zobaczyć.
 A propo widzenia. Muszę pójść do Finnicka. Chociaż ten jeden raz przed igrzyskami. Nacieszyć się. Porozmawiać.
 W sali  ćwiczeniowej, rozglądam się nie pewnie. Jak co roku, trybuci z jedynki i dwójki są pokaźnie zbudowani ale jak nigdy reszta trybutów to marni 12-14 latkowie. To znaczy, że prawdziwa walka rozegra się między mną, a zawodowcami. Niech najpierw przeżedzą ten tłum, a potem my się nimi zajmiemy.
 Instruktorka o imieniu Coral, jak na ironię z płomienno rudymi włosami, lustruje wszystkich uważnie i pokazuje nam stanowiska oraz objaśnia zasady. Kiedy mówi, ja tylko wbijam wzrok to w podłogę, to w Toma. Kończy i rozchodzimy się. Wybieram stanowisko jadalnych roślin i kątem oka widzę Toma podążającego za mną. Chyba jesteśmy w sojuszu. Przez bitą godzinę próbuję to ogarnąć. W życiu nie widziałam takich roślin. Gdzie to rośnie? Zauważam też popisy zawodowców. Faceci z 1 i 2 rzucją oszczepami celnie na 15 metrów. Dziewczyny bawią się nożami i maczetami. Wodzę oczami po innych. Wszyscy z przerażeniem wpatrują się w zawodowców. Oprócz mnie i Toma. Jeśli ktoś ma ich zabić, to my. Tom ciągnie mnie za rękaw i kieruje się w stronę węzłów. Następną godzinę wiążemy przeróżnie węzły, następnie kamuflujemy się i rozpalamy ogniska. Mija pierwsza część i idziemy na obiad, który jemy z trybutami z 12. Całkiem mili. Obydwoje mają ciemne włosy i oczy. Ale raczej żadne z nas nie ma ochoty na sojusz. Dopisuję ich do listy unikania, bo wiem, że im więcej czasu z nimi spędzę, tym większe będę miała skrupuły bronić Toma. Potem, do końca zajęć, ćwiczymy wspinaczkę, zastawianie pułapek. Zauważam też małego chłopca w okularach, który uważnie mi sie przygląda. Po znaczku na koszulce poznaję, że jest z 3.
 -Co jest? Pytam go, męcząc się nad jednym z najprostrzych sideł.
 -Źle to robisz. Mówi cicho.
 -Słucham?
 -No.. Spróbuj trochę niżej to zawiązać.
 Lekko ździwiona robię tak, jak mi powiedział i udaje mi się.
 -Dzięki mały. - Mówię i uśmiecham sie do niego. - Jak masz na imię?
 -Jestem Ned. A ty?
 -Melissa.
Chętnie porozmawiałabym dalej z tym chłopcem ale słyszymy z megafonów, że już jest koniec zajęć i mamy się udać do kwater. Macham mu na pożegnanie i idę w stronę windy. Po drodze podłącza się Tom, który przy pułapkach się gdzieś zawieruszył. Drzwi windy się zamykają, a Tom do mnie zagaduje.
 -Widzę, że masz nowego sojusznika. To znaczy, że chcesz mnie zostawić?
 Parskam śmiechem, bo żart jest całkiem zabawny.
 -Kto powiedział, że jesteśmy w sojuszu? A Ned, to bardzo mądry chłopiec.
 -Tak, i ma metr piędziesiąt wzrostu.
 -Siła to nie wszystko, Tom. 

Odpowiadam bardzo poważnie. Czasami to spryt, nie siła, potafi ocalić życie.
 Na górze już czeka kolacja. Jesteśmy tak głodni, że nie patrzymy, co jemy. Jak to mawiał mój tata: dobre, bo ciepłe. Zastanawiam się, gdzie są Finnick i Ines. Nie widzieliśmy się cały dzień. Tom idzie do siebie i ja też już się zbieram, ale zatrzymuje mnie awoks z kopertą. Biorę ją i szybko truchtam do swojego pokoju. Dopiero gdy leżę na łóżku, otwieram kopetę. Jest tam list. Od Finnicka. Bardzo krótki. "Przyjdź do mnie po zmroku. Porozmawiamy. Pokój 4.05" Patrzę na równe zawijasy, a potem na okno. Mam okołu 1,5 godziny. Idę pod prysznic, bo po całodniowych ćwiczeniach warto byłoby się odświeżyć. Wchodzę pod prysznic, myję zęby. Owinięta ręcznikiem idę na poszukiwania ubrania. Jak to się dzieje, że zawsze na mnie czeka, poskładane, czyste i dokładnie w tym samym miejscu? Wciągam na siebie luźną szarą bluzkę i czarne legginsy. Jako że mam jeszcze trochę czasu, biorę pierwszą, lepszą książkę z półki i rzucam się na łóżko. Kocham czytać. Jedna z nie wielu czynności, która daje mi przyjemność. Gdy jestem mniej więcej w połowie tej fascynującej książki o mutancie zabijającym potwory, przypominam sobie o Finnicku. Z niechęcią odkładam książkę. Muszę ją dokończyć przed igrzyskami. Nie wiem jakie buty wybrać, więc postanawiam iść boso. Przecież nie zmarznę.
 Odszukuję pokój 4.05 i pukam. Po chwili, otwiera mi Finnick. Tylko w szarych dresach. Włosy ma jeszcze mokre od kąpieli. Nie mogę się powstrzymać i spoglądam na jego umięśniony brzuch. Jednym słowem: raaaar.
 -Wiedziałem, że przyjdziesz.
 -A jakbym nie przyszła?
 -To zacząłbym cię szukać.

 Uśmiecha się zniewalająco. Rozgląda się uważnie i wciąga mnie za rękę do pokoju.

--------------------------------------------------------------------
Przepraszam was skarby, że tak długo nic nie pisałam ale teraz miałam próbne testy gim. i poprostu nie byłam w stanie tworzyć. Jeśli macie jakieś propozycje, to piszcie w komentarzach ;)

niedziela, 8 grudnia 2013

                                           Rozdział 4



Gdy wchodzę do jadalni,  wszyscy już są w połowie posiłku.
-No wreszcie, Melissa! Zaczeliśmy bez ciebie. Siadaj, napewno coś zostało.
- Sory, brokat się ciężko zmywa. Mruczę, a inni się śmieją. Siadam na rogu stołu, pomiędzy Finnickiem a Tomem. Naprzeciwko siedzi Ines, a obok niej styliści. Rozkoszuję się czymś, co nazywa się lasagne. Swietne. Mimo, że najadam się aż po same uszy, wpycham jeszcze deser, który jest wyborny. Czuję, że nie będę mogła się ruszyć.
 Po obiedzie przychodzi czas na integrację. Styliści wychodzą razem z opiekunką, bo mają jakieś tam zajęcia, a Finnick chce nas poznać i może wymyślić jakąś strategię. Hmm jak to bywa w kapitolu, nie obyło się bez alkoholu. Spokojnie sączę szampana, który przetacza się gorącą falą przez moje ciało. Rozluźniam się i jestem pewniejsza. Bez wahania opowiadam, kiedy Finnick pyta się mnie o rodzinę, co lubię i codzienne zajęcia.

- Moja matka nie żyje. Ojciec kiedyś wygrał igrzyska. Teraz jest przegrany. Przegrał walkę z butelką - mówię bawiąc sie kieliszkiem - na mnie spadł cały obowiązek trzymania nas przy życiu. Miałam lepiej niż inni. Nie musiałam pracować ani głodować. Pensja zwycięzcy była wystarczająca. Wiedziałam, że zostanę wylosowana. Pytanie kiedy? 
 Nikt się nie odzywa. Biorę kolejny łyk. Jest już za późno, by się wycofać.
-Mimo tego, nie byłam szczęśliwa. Chciałam ze sobą skończyć ale zabrakło mi odwagi. Tak to już jest z tchórzami.
 Pociągam jeszcze jeden łyk. Zauważam, że Tom spogląda na mnie z troską i niepokojem. 
Mam to gdzieś. Mam ochotę się upić.
-A teraz mam świetną okazję. Bo tak czy siak, jest minimalna szansa, że wygram. O nie przepraszam, żadna!
 Piję do dna, i sięgam do tacy z pełnymi kieliszkami.
-I jeśli mam być szczera, to ostatnią moją wolą będzie to, że Tom ma wygrać. Zrozumiałeś?- zwracam się do Finnicka - Za wszelką cenę masz go ocalić. To tyle.
 Zapada cisza. Czuję, jak coś leci mi po policzku. Chcę się uspokoić ale wybucham płaczem tak gwałtownym, co niespodziewanym. Wstrząsają mną spazmy. Czuję jak ktoś mnie podnosi. Przytulam się do niego, bo bardzo tego potrzebuję. Gdy kładzie mnie na łóżku w moim pokoju, chcę krzyczeć żeby nie odchodził. Tom zostań, myślę ale on jakby czytając w moich myślach siada obok, łapie moją dłoń i delikatnie głaszcze.
 - Tom, zawołaj tu Finnicka. Proszę. 

Siadam na łóżku i uspokajam się. Bez słowa wychodzi i po chwili wchodzi mój mentor. Zamyka starannie drzwi i siada.
 -Domyślam się, że to co powiesz jest poufne?
-Tak, dobrze się domyślasz. To, co powiedziałam tam, to prawda. Chcę byś uratował Toma. Dobrze? - moje myśli spowolniły się.
To pewnie przez alkohol - Dla niego nie jest jeszcze za późno. Rozumiesz? 
 -Rozumiem.
 - Wątpię.
 - To mi wytłumacz. Mówi po chwili.  Patrzę na niego zaskoczona. Co go to obchodzi? Nie wiem czy na pewno ale chyba szampan ma właściwości rozwiązujące język. Bo nim zdążę pomyśleć, mówię. 
 - To jest tak. On jest lubiany. Ma rodzinę, która go potrzebuje. Ktoś będzie za nim tęsknił.
 - A prawdziwy powód? 
Ma strasznie bystre spojrzenie. Domyśla się. 
 -Nie ma.
 -Nie ma? Czyli dasz radę bez niego żyć.
- I ja ci się w ogóle nie podobam, prawda?
Pyta po chwili uwodzicielskim głosem, przysuwając się bliżej mnie.

 -Tak. Nie. Słuchaj, nie mieszajmy do tego moich uczuć. To i tak bez znaczenia. Trafię na arenę. Jest mi wszystko jedno. Tobie pewnie z resztą też. - mój głos jest zimny jak lód - Bo co cię mogą obchodzić biedne nastolatki z twojego dystryktu, gdy tutaj masz kapitolinek na pęczki, hę? 
 W jego oczach widzę ból. Nie wiem dlaczego. Przecież mówię prawdę. Spogląda na mnie smutno i już ma wyjść ale zagradzam mu drogę.
 -Finnick przepraszam. Nie chciałam. Słuchaj, nie wiem jak to określić, ja go kocham jak brata... A ty...
 Czuję, że powinnam to zrobić. Później może być za późno. Zbliżam się do niego, wspinam lekko na palce i muskam jego usta. Wydaje się lekko osłupiały ale pochyla się i odwzajemnia pocałunek. Chcę tego. Pragnę miłości. 


Dlaczego?

Bo.. Bo jestem samotna. 

Biorę jego twarz w dłonie i spoglądam prosto w oczy.
 -Podobam ci się? - pytam lekko nieprzekonana. Zamiast odpowiedzieć, wpija się w moje usta. Odsuwa się po chwili.
 -Wygrasz? Dla mnie?

 Nie wygram.


- Nie obiecuję.
- Nie obiecujesz.

 Finnick wzdycha i wychodzi. No to tyle jeśli chodzi o nas. Przegrałam tę walkę.

Nie mam siły go gonić. Emocje całkiem wyssały mnie z energii. Zrzucam z siebie ubranie i wpełzam pod kołdrę. Jutro trening. Zasypiam niemalże odrazu.